Podczas zeszłorocznego startu w Krynicy Zdrój na dystansie 34 km Łukasz toczył samotną walkę, ponieważ w maju 2018 r. zerwałem ścięgno Achillesa i we wrześniu nie mogłem jeszcze biegać tak długich dystansów (przypominamy, czas netto Łukasza to 03:51:38, miejsce open 54). W tym roku obaj postanowiliśmy podnieść sobie poprzeczkę i wystartować na podwójnym dystansie- 64 km!

Już w zeszłym roku bardzo przypadła nam do gustu atmosfera święta biegania jakim jest Festiwal Biegowy w Krynicy Zdrój, dlatego postanowiliśmy aplikować o status ambasadorów tego wydarzenia. Ku naszej uciesze wniosek został rozpatrzony pozytywnie i mogliśmy zupełnie z innej perspektywy przygotowywać się mentalnie i fizycznie do tej imprezy, zachęcając Was również do wzięcia w niej udziału. Korzystając z naszej zniżki na bieg zapisało się ponad 30 osób. Mamy nadzieję, że nie żałujecie!

Biorąc udział w górskich biegach zawsze staramy się przy okazji coś zobaczyć, przeżyć, jednym słowem robimy sobie mini-wakacje. Plan zeszłorocznej wyprawy do Krynicy okazał się idealny ( wyjazd z domu w nocy z wtorku na środę, całodniowe szaleństwo na rollercoasterach w Energylandii i następnie dwa noclegi u stóp Trzech Koron, by w piątek rano dotrzeć do Krynicy), dlatego postanowiliśmy go powtórzyć.

Wyjeżdżając na tak długi czas z domu musieliśmy naszym żonom zostawić samochody, aby sprawnie mogły sobie bez nas radzić i godzić służbowe obowiązki z domowymi. Z pomocą przyszedł https://www.facebook.com/Skoda.Bieranowski/ i tym samym Partnerem technicznym naszego wyjazdu został zespół Skody Bieranowski Bydgoszcz, który udostępnił nam Skodę Karoq z bardzo oszczędnym silnikiem diesla 1.6. Samochód okazał się bardzo pojemny i wygodny- tym razem w góry jechaliśmy we czterech (poza nami, brat Łukasza Dawid oraz nasz kolega Bartek- wszyscy graliśmy kiedyś w jednej drużynie piłkarskiej), a bez problemu pomieściliśmy wszystkie bagaże. Musicie wiedzieć, że na taki wyjazd zwykle jedna torba to sprzęt biegowy- 2-3 pary butów, odzież, plecaki, roller…, więc, jak na męski wypad, bagaży było sporo.

Zapakowani po dach wyruszyliśmy w środę o 3 w nocy. Droga do Zatoru poszła bardzo sprawnie, po drodze zatrzymując się na śniadanie.

O 10.00 szaleństwo na rollercoasterach zaczęło się na dobre! Bawiliśmy się jak dzieci. Polecamy wyjazd we wrześniu, jest jeszcze bardzo ciepło, a kolejki są znikome. Każdą z atrakcji spokojnie zaliczycie po kilka razy! Nam udało się przełamać strach i przejechaliśmy się dwukrotnie na Hyperionie i też dwa razy na nowo otwartej atrakcji – Zadrze. Ma charakter ta kolejka! Koniecznie spróbujcie! Moglibyśmy długo pisać o zabawie w Energylandii, ale to przecież blog o bieganiu, a nie o parkach rozrywki 😉

Przejechaliśmy się nią dwa razy i ciągle było małoooooo

Kolejny punkt naszej podróży to nocleg w Schronisku Trzy Korony. O zaletach tego miejsca moglibyśmy pisać długo, lepiej jednak zobaczcie jak tam jest – kliknijcie i obejrzyjcie koniecznie relację z zeszłorocznej wyprawy (nie przegapcie wideo- link na końcu wpisu).

http://runaddicts.pl/2018/09/12/bieg-7-dolin-czyli-debiut-w-gorach-historia-runaddicts/

Do Krynicy przyjechaliśmy w piątek. Najpierw udaliśmy się do hotelu Hajduczek. Rozpakowaliśmy się i zgłodniali udaliśmy się w stronę centrum Krynicy Zdrój. W znajomej restauracji pizza rok wcześniej nam przed biegiem nie zaszkodziła, więc podtrzymaliśmy tradycję i ładowaliśmy węgle właśnie tam, chociaż trzeba przyznać, że do pizzy z L’ Arte Del Sud w Sromowcach Niżnych, którą jedliśmy dzień wcześniej było jej bardzo daleko (szczerze polecamy to miejsce).

Po obiedzie nie mogło zabraknąć kawy w towarzystwie ciasta. Wybraliśmy sernik, bo w końcu węgle i białka są najważniejsze przed biegiem, prawda? 😉

Kawka i serniczek – idealne połączenie po obiedzie 😀

Ucztowanie to nasza specjalność, chociaż musieliśmy tym razem spoglądać na zegarki, by zdążyć zawitać do strefy expo i odebrać pakiety na tyle wcześnie, by zdążyć na zaplanowane na ten dzień wykłady. Na expo bawiliśmy się świetnie. Spotkaliśmy znajomych z Bydgoszczy, a poz tym organizatora i pomysłodawcę Biegu Rzeźnika czyli Mirka Bienieckiego, Kamilę Laskowską – naszą koordynator ambasadorów Festiwalu Biegowego, Natalię Tomasiak – szybką jak strzała ultramaratonkę i skyrunnerkę, a także naszego kolegę po fachu Krzysia – On The Move. Rozmów o biegu i planach na sobotę nie było końca. Tak się zagadaliśmy, że ledwo zdążyliśmy na wykłady.

Ciekawie o swojej pasji zdobywaniu szczytów ziemi mówiła Magdalena Gorzkowska. Natomiast Towerrunner zdobył naszą uwagę mnóstwem zdjęć i lekkością opowiadania o wyścigach na schodach rozsianych dookoła świata. Gdyby nie sobotni bieg i masa rzeczy do ogarnięcia, na sali wykładowej moglibyśmy siedzieć całe trzy dni. Uwielbiamy słuchać wariatów zakręconych na punkcie swojej pasji i dzielić z nimi tę radość! Po powrocie do hotelu wspólnie z Bartkiem i Dawidem obejrzeliśmy mecz Polaków w piłce nożnej, co trochę popsuło nam humory przed biegiem (przegraliśmy).

Następnego dnia budziki zadzwoniły równo o 4.00. Po lekkim śniadaniu musieliśmy pomaszerować do centrum, skąd o 5.30 wyjechać mieliśmy do Rytra na start biegu. Powiemy Wam szczerze: gdy na dworze ciemno i zimno to motywacja spada do -100! No ale kto inny miałby dać radę, jak nie my?!

Pakiet startowy

Trochę słów o pakiecie: woda, dwa piwa izotoniczne, trzy worki na przepaki, agrafki, numer, chip, batony energetyczne, mapa biegu, obszerna broszura z programem festiwalu. Bez zbędnych ulotek. Pakiet nazwałbym podstawowym- było wszystko co być musi.

Solidna czwórka za pakiet, bywało lepiej ale mogło być gorzej 😛

RYTRO czyli STARTUJEMYYYYY

Podróż do Rytra minęła nam szybko, w międzyczasie zrobiło się jasno. Na miejsce dojechaliśmy około 6.15. Start był falowy, biegacze w 5 sekundowych odstępach ruszali na trasę, najpierw elita, później numery do 1100, a potem my. Tuż przed startem zostawiliśmy organizatorom przygotowane wcześniej pakunki na przepak w Piwnicznej Zdrój (w biegach górskich w trakcie biegu masz możliwość zmieniania butów, czy odzieży).

Start falowy w Rytrze – około 5 minut później obaj wybiegliśmy na trasę!

A start wyglądał tak!

Pierwsze kilometry…wróć! Pierwszy kilometr upłynął spokojnie i z bananami na twarzy. Od drugiego kilometra zaczęło się mozolne podbieganie pod pierwsze duże wzniesienie.

Ostatnie minuty przed pierwszym punktem na Przehybie… Widoki za milioooooooon!

W zasadzie do 9 kilometra, gdzie zlokalizowany był pierwszy punkt (Przehyba) mieliśmy ciągle pod górę! Humory dopisywały, wyprzedzaliśmy zarówno podchodząc, jak i na równej powierzchni. Na punkt wbiegaliśmy świeżutcy jak bułeczki z piekarni. Widzieliśmy flagę naszych lokalnych Biegów w Puszczy i mieliśmy nadzieję na spotkanie szefowej tej organizacji, która kroiła arbuzy na punkcie. Niestety jej nie zauważyliśmy (a była, zobaczyliśmy dopiero na filmie), ale owoce wsunęliśmy. Dzięki Asia!

Arbuzik mniam mniam – Łukasz 😀

Korzystając z dobrego samopoczucia, pobiegliśmy zrobić sobie zdjęcia z punktu widokowego i hyc w drogę!

Wiedzieliśmy, że trasa zacznie się lekko w dół i już na samą myśl o pierwszych poważniejszych zbiegach uśmiechaliśmy się w myślach. Euforia trwała do 20 km, mniej więcej do tego momentu biegliśmy jak natchnieni. Około 22 kilometra w naszych głowach zapaliła się lampka – czy aby na pewno nie jest za szybko? Czy nie popełniamy w tym momencie tego samego błędu, co na Biegu Rzeźnika? Wdrapując się na bardzo stromy szczyt Eliaszówki, biliśmy się z myślami. Zaraz czekał nas wymagający, ośmiokilometrowy zbieg do punktu przepakowego w Piwnicznej Zdrój. Poszło ok, prawdę mówiąc najbardziej dało nam w kość półtora kilometra, które biegliśmy po asfalcie w centrum Piwniczej, w bardzo nasłonecznionym miejscu, co spotęgowało uczucie zmęczenia. Wbiegając do punktu na naszych zegarkach pojawił się czas 3:25! Robiąc w tym samym tempie drugie trzydzieści zameldowalibyśmy się na mecie w Krynicy w okolicach 35 miejsca!

Piwniczna Zdrój – przepak!

Na punkcie, praktycznie przed samym wyjściem z powrotem na trasę, udzieliliśmy wywiadu dla BESKID TV (patrz poniżej – my od 3:57).

Wywiady, kamery, fejm pełną gębą 😀

Do naszych plecaków dopakowaliśmy obowiązkowe latarki czołowe (ich brak mógł powodować nałożenie kary minutowej). Jak się później okazało, na żadnym punkcie nie było to weryfikowane, a szkoda. Chociaż z drugiej strony przezorny zawsze ubezpieczony. W górach zadbanie o własne bezpieczeństwo jest bardzo ważne!

Po około 10 minutach odpoczynku, ruszyliśmy dalej w drogę. Niestety, przepak okazał się początkiem końca naszego dobrego tempa. Tak jak mówiłem w wywiadzie, Łukasz wiedział co nas dalej czeka na trasie. Ja miałem albo gorzej albo łatwiej, bo nie byłem świadomy tego co przyniosą nam kolejne godziny biegu.

Zerknijcie jednak, jak nam biegaczom kibicowały dzieci! Aż chciało się dla nich przyspieszyć <3

Dzieciaki dały radę!

Etap podchodzenia i marszobiegu trwał przez kilka dobrych kilometrów. Ożywił nas znów zbieg, po płytach betonowych i trawie do centrum Łomnicy Zdrój. Tam, po kilkuminutowym biegu w pełnym słońcu, mieliśmy zacząć jeden z najtrudniejszych etapów biegu. Wiedzieliśmy, że po kolejnym zbiegu czeka na nas punkt pod Wierchomlą, przygotowywany między innymi przez Mirka i ekipę Festiwalu Biegu Rzeźnika. Trzeba było tylko znów wdrapać się na górę i z niej zbiec. Kiedy w nogach masz już te 40 kilometrów to każdy kolejny, szczególnie pod górę, robi różnicę. Etap zbiegania to zawsze fajny moment, chyba że nogi masz już ciężkie, zbieg jest ostry, a nie lubisz hamować…oj wtedy potrafi boleć. Otuchy dodawała myśl, że jeśli szybciej zbiegniesz, to szybciej do punktu dobiegniesz!

Hotel Wierchomla – punkt pod znakiem kawy i ziemniaka, z % akcentem!

Punkt pod Wierchomlą nas nie rozczarował. Wiemy, że gdy łapie się za coś Mirek, to to po prostu wychodzi 😉 Punkt był zdecydowanie najlepszy ze wszystkich i zabawiliśmy tu najdłużej, ok 9 minut. Wbiegając przybiliśmy pionę z szefem i rzuciliśmy się na jedzenie. Wiecie jak smakują pieczone w mundurkach ziemniaki z solą po 6 godzinach walki z górami? Jeśli nie, to chociażby dla tego smaku spróbujcie biegania w górach! Jednak to nie ziemniaki okazały się najlepsze na tym punkcie. KAWA! Ale to nie była zwykła kawa. Nie wiem, co tam sypali, ale to była bomba! Te 2-3 kubeczki zdziałały cuda – przywróciły wiarę i chęć do walki. Wiemy, że „Rzeźnicy” oferowali jeszcze jakiś tajny % trunek, jednak nie odważyliśmy się by go wtedy spróbować.

Już na tym punkcie wiedzieliśmy, że tempa nie da się uratować, czuliśmy, że nogi są zmęczone, ale postanowiliśmy walczyć, by utrzymać chociaż dobre tempo biegnąc z góry. Udało się- na zbiegach to my wyprzedzaliśmy, byliśmy nie do prześcignięcia. Choć z tego elementu biegu na całym dystansie możemy być zadowoleni.

Wbieg do punktu – a niżej nasze opowieści różnej treści 😛
Opowieści różnej treści 😀 Ziemniaczki – cola, kawa wszystko jest 😛

Po wybiegnięciu z punktu, wspinaczka na Wierchomlę zaczęła się na dobre. Podchodziliśmy, bo biegiem tego nazwać nie można, stokiem narciarskim. Łukasz zaczął „odpływać”, organizm podpowiadał, że trzeba odpocząć. Zredukowaliśmy tempo, przystanęliśmy by odsapnąć i kontynuowaliśmy podchodzenie. Spójrzcie na film i zdjęcia: sporo osób przed nami, tabuny z tyłu. Każdy miał taki sam cel: jak najszybciej, przy jak najmniejszym zmęczeniu wdrapać się na szczyt.

Biegasz czy idziesz – nie ma znaczenia, byle na szczyt!

Zbieg z Wierchomli można porównać do jakiejś biegowej sztuki kaskaderskiej. Niezliczona ilość kamieni, luźnych i dużych z ostrymi krawędziami, a także kąt nachylenia (nie idzie zwalniać jak puścisz się za szybko), powodował ogromne zmęczenie nóg. Naczytaliśmy się trochę jak zbiegać efektywnie pracując mięśniami brzucha, lecz przy takich prędkościach to czasem walczysz o przetrwanie, a technika i jej zastosowanie w tej chwili odchodzi na boczny tor. Musisz wierzyć, że ciało pamięta to, co wypracowałeś na treningach.

Tempo na takim zbiegu to niejednokrotnie 3:20-3:40 / km – Paweł opowiada o specyfice zbiegania w takich warunkach!

Zbiegając do Szczawnika wiedzieliśmy, że zaraz zaczniemy ostatni etap pod górę, łącznie 9 km. Pierwsze 6 km (17 km do mety) łagodniejszej niż dotąd wspinaczki do ostatniego punktu żywieniowego w tym biegu, zlokalizowanego przy Schronisku „Bacówka” pod Wierchomlą, zaczęły się spokojnie. Kilometry mijały nam na marszobiegu (szybki marsz przeplatany żwawym biegiem). Przy okazji zahaczyliśmy o strumień, nie mogliśmy darować sobie przyjemności ochlapania ciała ze strumienia (chociaż tu trzeba ostrzec- woda w strumieniu jak wiadomo jest lodowata, więc takie ochładzanie należy zrobić rozważnie, aby nie narazić się na szok termiczny). Jeden z mijających nas kolegów biegnący w biegu na dystansie 35 km zapytał nas o czas i rzucił, że mamy szansę złamać 9 godzin. Wtedy, akurat dość zmęczeni, sceptycznie podeszliśmy do tej wiadomości. Z każdą minutą później, cel ten wydawał się być bardziej realny. Kolejne 3 kilometry ostrej wspinaczki pokonaliśmy z nadzieją, że uda nam się ukończyć cało tę nierówną walkę z przyrodą 😉

Schronisko „Bacówka” pod Wierchomlą – wspinamy się i zbiegamy do mety!

Na ostatnim punkcie żywieniowym wręcz rzuciliśmy się na jedzenie i picie. Półtora drożdżówki w 30 sekund. Nie da się? Potrzymaj mi piwo! To nic dla głodnego i wyczerpanego ultrasa! Poza drożdżówkami wypiliśmy kilka piw izotonicznych i pojedliśmy suszonych owoców. Chwilę potem polecieliśmy na ostatni etap naszych zmagań. Spojrzeliśmy na zegarki, złamanie 9 godzin było realne!

Po wspinacze, 2,5 km mamy 9 km zbiegu do mety – ostatnia analiza czasu i jazda z tym koksem do mety!

Jak to ostatnie etapy, trwają i trwają i nigdy się nie kończą. Gdy już myślisz, że to na pewno ostatni zakręt, znikąd pojawia się kolejny. W końcu mogliśmy odetchnąć- wdrapaliśmy się na szczyt RUNKA! Oznaczało to, że czeka nas już tylko zbieg do mety!

Punkty żywieniowe na trasie!

Oceniając je bierzemy pod uwagę ich „wyposażenie w jedzenie i picie”, ludzką obsługę i życzliwość wolontariuszy. Tutaj nie mamy się do czego przyczepić. Ba! Wydawanie przepaków, pomoc w nalewaniu i uzupełnianiu wody, serdeczność wolontariuszy – wszystko to na najwyższym poziomie. Ocena wyposażenia również najwyższa, niczego nie brakowało. Solidna 5!

Świeże owoce, suszone owoce, kawa, cola, piwo izotoniczne i wiele, wiele innych!

RUNEK RUNEK – NA RATUNEK!

Fajnie ta góra się nazywa, adekwatnie- jak już jesteś na szczycie, to pozostało tylko jedno- RUN! Gdy zbieganie rozpoczęło się na dobre, do mety w centrum Krynicy Zdrój było już blisko, bardzo blisko, wręcz słyszeliśmy głosy ludzi zebranych na mecie. Co prawda ze szczytu do mety mieliśmy jeszcze 9 km, ale było to najsłodsze 9 km! Zbiegaliśmy ten etap osobno, utrzymując swoje tempo. W kluczowych momentach na trasie jednak czekaliśmy na siebie, aby bieg ukończyć razem. Mięśnie nóg w różnych miejscach dawały o sobie znać i nie ominęły nas bolesne skurcze. Dobrze, że do mety było już tak blisko!

Nieodłącznym punktem naszych ocen biegów jest oznakowanie trasy. W lesie czy w górach, źle oznakowana trasa może być duuużym problemem. Organizatorzy zadbali jednak o te element wyśmienicie, na trasie nie szło się zgubić, serio. Oznakowanie na 5!

Oznakowanie było widoczne, częste – ocena może być tylko jedna.

Meta! 64 km! Mało? Dużo? Chwilo trwaj!

Kiedy mieliśmy do mety zaledwie kilometr, wiedzieliśmy, że choćby czołgając się, uda nam się nasz cel zrealizować. Ze sporym zapasem, czekając już w centrum, aż Łukasz zbiegnie ostatni etap, co kilka sekund patrzyłem czy na pewno jest zapas. Zapas był. Niespiesznie wbiegaliśmy na metę, nagrywając przy tym finisz dla Was, by przy skandującym tłumie wreszcie móc cieszyć się z faktu ukończenia kolejnego biegu na dystansie ultra. Zobaczcie jak to wyglądało! A za przekleństwa przepraszamy- to emocje, prawdziwe ultra emocje, których nie da się ukryć.

Dla nas była to kolejna lekcja pokory. Radość z ukończenia biegu trochę popsuło nam sprawdzenia wyników. Początkowo byliśmy na 91 i 93 miejscu. Wyprzedzaliśmy wielu zawodników, dlatego po cichu liczyliśmy, że fakt startu falowego i indywidualnego mierzenia czasu będzie naszych handicapem i przesuniemy się wyżej. Niestety, tak się nie stało, spadliśmy około 20 miejsc w dół. Skończyliśmy odpowiednio na 111 i 113 miejscu (czasy 08:53:47 i 08:53:53), bieg ukończyło 532 biegaczy.

Po biegu, na chłodno analizując cały dystans towarzyszą nam mieszane uczucia, bo patrząc na czas, bralibyśmy pewnie go przed biegiem w ciemno. Niestety, jesteśmy perfekcjonistami i wiemy, że przygotowania do tego biegu nie do końca ułożyły się tak, jak byśmy chcieli. Dodatkowo głowę zaprząta nam myśl, że może gdybyśmy zaczęli wolniej, to moglibyśmy tę drugą część przebiec szybciej. Musimy wyciągnąć wnioski i wdrożyć je w życie. Wiemy na pewno, że trening z podbiegami musimy wykonywać częściej. Na podejściach tracimy zbyt wiele czasu, by myśleć o jakimś większym skoku w rankingach na mecie.

Ogólna atmosfera biegu jest niesamowita!

Kiedy już na dobre wchodzisz w ten ultra świat, to zaczynasz doceniać i widzieć o wiele więcej, niż biegając i trenując po płaskim terenie. Oprawa biegu, muzyka, zarówno na punktach (brawo dla muzyków na Przehybie) jak i mecie, a przede wszystkim otaczająca przyroda, powodują, że na takie biegi, mimo że w trakcie boli, chcesz wracać. Z jednej strony wiesz, że będziesz przeklinać w trakcie i przed samym startem, ale radość po biegu potęguje uczucie pożądania! Ciągle chcesz więcej!

PS – jak widzicie, sprzętowo wybraliśmy ten sam zestaw jak na Biegu Rzeźnika – najważniejsze, czyli buty również pozostały te same – SALOMONY S/LAB 2. Niemniej wiemy już, że ostre krawędzie skał na zbiegach bardzo nam dokuczały, skorupa buta również, jak na warunki panujące na trasie, mogła być grubsza. Myślimy, że Speedcrossy 5 mogłyby tutaj lepiej się nadać.

PS 2 – w pakiecie na numerze startowym mieliśmy vouchery na posiłek na mecie oraz na dwa lody od firmy Koral, sponsora biegu. W obu przypadkach organizacja była w tym roku fatalna. Wyjaśniamy: wydawanie lodów to był koszmar spowodowany głównie zachłannością samych zawodników. Zamiast brać pierwszy lepszy, grzebali w lodówce w poszukiwaniu ulubionego smaku, co spowodowało ogromne kolejki. Czasami duży wybór= duży kłopot.

Pasta party też naszym zdaniem do poprawy. Wydawanie posiłków było dopiero od 18.00, mimo że załoga była gotowa wydawać je wcześniej. Naszym zdaniem „posiłek po biegu” powinien być posiłkiem po biegu, a nie posiłkiem kilka godzin później. My skończyliśmy ok 16, a przecież nie byliśmy pierwsi!

Paweł


1 Komentarz

Festiwal Biegowy w Krynicy 2020 – 20% taniej! – #runaddicts – uzależnieni od biegania · 27 listopada 2019 o 10:48

[…] znajdziecie relację z naszej przygody w Krynicy w 2018 roku, a tutaj z roku […]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *