Kilka miesięcy temu, w zasadzie był to początek wiosny, wybraliśmy się z Pawłem do kina na film o biegaczach ultra. Biegaczach amatorach, którzy byli w stanie pokonywać dziesiątki kilometrów walcząc ze swoimi słabościami. Już wtedy siedząc i oglądając powiedziałem do Pawła, że też chciałbym takie rzeczy robić. Ziarno zostało zasiane i dość szybko wykiełkowało. Dosłownie tydzień, może dwa później postanowiliśmy zapisać się na nasz pierwszy bieg górski, a padło na słynny ŁUT, czyli Łemkowyna Ultra Trail na dystansie 30 km. Kilometraż nie poraża, ale mamy szacunek do gór i uznaliśmy, że na pierwszy raz wystarczy. Niestety, po tym jak się zapisaliśmy okazało się, że w tym samym terminie została zaplanowana uroczystość ślubna w rodzinie Pawła. Plan się posypał i musieliśmy szukać nowego rozwiązania. Ostatecznie padło na Festiwal Biegowy w Krynicy i Bieg 7 Dolin na dystansie 34 km.

Będzie się działo!!!

Kończyliśmy wtedy przygotowania do startów na 10 km i powoli zastanawialiśmy się w jaki sposób trenować do biegu górskiego. W końcu do tej pory nie decydowaliśmy się nawet na płaski maraton i nie trenowaliśmy do dłuższych biegów niż półmaraton. Tutaj w perspektywie były góry i trasa z sumą przewyższeń na podbiegach w okolicach 1700 m i ponad 1500 m na zbiegach. Wtedy doszła kontuzja Pawła i było jasne, że pozostaję sam w treningu. Wiedziałem, że muszę zwiększyć kilometraż i zdecydowanie włączyć w plan treningowy trasy crossowe i podbiegi. Mieszkamy w terenie dość płaskim, więc nie jest to wcale takie łatwe.


Trening

Podstawową zmianą jaką zastosowałem na początek było zwiększenie kilometrażu spokojnych biegów ze zwyczajowych 10 km na 12 km. Jakby nie było to aż o 20% więcej. Przy założeniu, że większość treningów zwiększała swoją objętość, była to już górna granica bezpiecznego skoku kilometrażowego.

Drugą nowością w treningu było ustalenie dość trudnej trasy crossowej po wąwozach w bydgoskim Myślęcinku. Poza nierówną nawierzchnią, na trasie jest sporo lżejszych podbiegów i zbiegów oraz kilka trudniejszych. Trening ten stał się moim podstawowym w przygotowaniach do biegu w górach. W różnych kombinacjach tempowych oraz kilometrażowych (od 13 do 23 km) ten trening przeprowadzałem minimum raz w tygodniu. Kolejną ważną jednostką, którą zacząłem trochę za późno, były podbiegi i zbiegi pod stok narciarski, którym w Bydgoszczy dysponujemy. Nie jest wysoki, ale na tyle stromy, że daje w kość. Kilka serii na treningu potrafi sponiewierać. Inną jednostką były oczywiście dłuższe wybiegania. Tutaj najdłuższym dystansem było 30 km. Całość uzupełniałem jednym na dwa tygodnie treningiem interwałowym na bieżni (przez pierwsze 2 z 3 miesięcy przygotowań).


Wyprawa

Nasz wyjazd planowaliśmy już od maja. Mimo iż Paweł był kontuzjowany, uznał że pojedzie mimo wszystko, z czego bardzo się cieszyłem. Ponieważ do Krynicy mamy bardzo daleko, chcieliśmy rozszerzyć ten wyjazd na kilka dni i odwiedzić różne miejsca. Wyjazd zaplanowaliśmy na noc z wtorku na środę, po to aby dojechać do Zatoru na moment otwarcia Energylandii, aby wykorzystać cały dzień na tamtejszych atrakcjach. To się rewelacyjnie udało, a wideo i zdjęcia z relacją mogliście widzieć na naszym FB.  Nim jednak do Zatoru dojechaliśmy, mieliśmy inne wspaniałe spotkanie z naszą biegową przyjaciółką Katarzyną. Umówiliśmy się na wspólne śniadanie w Tomaszowie Mazowieckim. Mimo wczesnej pory, Kaśka stawiła się na spotkaniu i spędziliśmy bardzo miłe chwile rozmawiając o bieganiu i życiu 😉

Prosto z Energylandii, naładowani emocjami i zmęczeni przez brak snu, pojechaliśmy do schroniska PTTK Trzy Korony, gdzie zaplanowaliśmy sobie 2 noclegi. Nie ukrywam, że nieprzespana noc w podróży długo siedziała mi w głowie i obawiałem się, że odbije się na biegu. Tak się chyba jednak nie stało 😉 W czwartek ostatni trening. Pobiegaliśmy z Pawłem wzdłuż przełomu Dunajca. Jest to jedne z najpiękniejszych miejsc do biegania w Polsce. Serio. Po południu weszliśmy na Trzy Korony i znów pojawiły się obawy, czy aby to nie zaszkodzi moim mięśniom. Co prawda w piątek jeszcze czułem wzmożony wysiłek wspinaczkowy, ale na biegu w sobotę było już ok.

W samej Krynicy już w piątek czuliśmy atmosferę biegowego święta 😊 Odbiór pakietów i zwiedzenie strefy Expo zaowocowało spotkaniami z innymi biegaczami. Rozmowy i przybite piątki nakręcały nas jeszcze bardziej. Paweł postanowił zapisać się na bieg 15 km, który odbywał się jeszcze tego samego dnia. Udzieliliśmy też sporego wywiadu dla radia Kraków. Pozdrawiamy dziennikarza 😊 Wracając jeszcze do biegu Pawła, to spisał się on na nim rewelacyjnie. Hamowany wytycznymi od rehabilitantów zrobił to co mógł i spokojnie dobiegł do mety, nie ryzykując kontuzji. Brawo Paweł!

Godzina zero. Wyścig.

Start naszego dystansu odbywał się w Piwnicznej Zdrój, gdzie zlokalizowany był punkt odżywczy i przepakowy dla dystansów 100 i 64 km. Zawodnicy startujący na tych dystansach na bieżąco dobiegali i wybiegali z punktu. My czekaliśmy na swoją kolej do 11.30. Blisko 900 osób zwiezionych kilkunastoma autokarami z Krynicy. Ja dzięki wspaniałemu wsparciu Pawła dotarłem do Piwnicznej samochodem i nie musiałem się o nic martwić. Ekipa logistyczna na 5+!

Jeszcze na długo przed startem zastanawiałem się z jakim ekwipunkiem pobiec. Obowiązkowy był tak naprawdę telefon. Do tego jakaś woda, żel i baton, które chciałem mieć ze sobą, mimo iż na trasie były przewidziane 2 punkty odżywcze. Mój dylemat skupiał się wokół plecaka, który jest może i w miarę wygodny, ale grzeje dodatkowo organizm. Rozważałem pas biodrowy z buteleczkami z wodą, ale ostatecznie stanęło na plecaku, czego w sumie nie żałuję. Dodatkowe żele, batony i woda przydały się na trasie. Upału nie było, ale słońce potrafiło przygrzać i energia schodziła jeszcze szybciej. Także, mimo stosunkowo krótkiego dystansu, myślę że plecak to dobra opcja na ten bieg.

Start planowany był falowo po 200 osób. Postanowiłem ruszyć w pierwszej fali, żeby szybciej być w Krynicy. Robiłem się powoli głodny 😀 hahaha Początek trasy był bardzo wąski. Mostek, schody, tłum ludzi i podbieg … Jak widzicie profil trasy, to wiecie, że nie jest ona łatwa. Już pierwsze 2 km to wspinaczka pod górę. Zaczyna się ciężki oddech, pierwsze palenie mięśni. Ja starałem się nie szarżować i zostawić siły na resztę wyścigu co było świetną decyzją.

W górach debiutowałem, w związku z czym nie wiedziałem na co mnie stać i jak wpłyną na mnie podejścia oraz jak będę radził sobie na zbiegach. Nie wiedziałem też o jaki czas będę walczył, chociaż po cichu marzyłem o zejściu poniżej 4 godzin. Po pierwszych 3 – 4 km zegarek szacował mój czas na około 4 h 40 min. Było to jednak po etapie wspinaczki, a przeliczenia nie uwzględniają różnicy poziomów na trasie (a szkoda). Byłem wtedy spokojny o czas. Wiedziałem, że da się to odrobić na zbiegach. Nie wiedziałem tylko, że będzie mi na nich szło aż tak dobrze. Pierwszy poważny zbieg był na 7 i 8 km. Słuchajcie jak ja tam leciałem. Jak kozica górska. Tempo w okolicach 4:05. Podłoże złożone z samych kamieni, gdzie w każdym momencie można źle stanąć i skręcić nogę. Wtedy jednak poczułem krew w tym wyścigu. Leciałem na złamanie karku i czułem, że odpoczywam! Wyprzedzałem przy tym dziesiątki biegaczy. Podobnie było na kolejnych zbiegach. Tym najbardziej stromym ze stoku narciarskiego, gdzie czułem jak mięśnie się dosłownie palą, wyhamowując prędkość, jak i tym ostatnim blisko 9 kilometrowym do mety, kiedy zmęczenie było już potężne. Z ręką na sercu, na zbiegach wyprzedziłem, myślę około setki biegaczy z różnych dystansów. Zalecam trenować ten element. Daje naprawdę dużo na trasie. Mięśnie brzucha grają tu również ogromną rolę. Bez mocnego korpusu nie ma szybkiego zbiegania.

Po 11 km trasy dotarliśmy do pierwszego punktu żywieniowego, przy hotelu Wierchomla. Nie ukrywam, że był to piękny moment. Bufet mega bogaty. Bez porównania do biegów ulicznych. Ziemniaki pieczone, owoce (arbuzy, banany, pomarańcze) suszone owoce (morele, rodzynki, żurawina i inne) wody, izotoniki, napoje ciepłe itd. Itd. To co mega mnie  uradowało to miska zimnej wody prosto na głowę. Po 5 minutach postoju (może zbyt długo) świeży ruszyłem dalej. Po odcinku asfaltowym, czekał nas najtrudniejszy moment, czyli podejście pod stok narciarski. Tam się nie dało biec. Tylko żmudna wspinaczka, palące uda i bolące plecy. Wymijaliśmy osoby z dłuższych dystansów, ale między sobą nie było zbyt wielu roszad. Po morderczym podejściu, był wspomniany już zabójczy zbieg. Zegarek pokazywał czas dotarcia 4 h. Było naprawdę dobrze.

Po zbiegu do Szczawnika rozpoczynaliśmy kolejny już podbieg na najwyższy punkt tego wyścigu, czyli Runek. Tym razem łagodniej ale na długości jakichś 7-8 km. Tę część trasy przebyłem interwałowo. Trochę biegu, trochę marszu. Dużą rolę odgrywała tutaj głowa. Wyznaczałem sobie kolejne punkty widziane przed sobą do których miałem dotrzeć i zmienić formę poruszania się. Garmin na tym odcinku utrzymywał swój szacunek na 4 h na mecie i byłem prawie pewien, że się uda, no bo przecież ostatni odcinek to już tylko zbieg. Tak dotarłem do drugiego punktu żywieniowego. Uzupełnione zapasy wody, trochę podjedzone i w górę. Właśnie, w górę…  i tutaj zaczęło się znów trudne podejście – już na sam Runek, które ciągnęło się niemiłosiernie. Kończyły się zapasy żeli i batonów, a tu jeszcze 12 km do mety.

Na szczycie miałem 10 minut straty wg szacunku zegarka. Nie wiedział on jednak (tzn. wiedział, ale nie brał tego pod uwagę), że teraz to już z górki 😊 Na tym odcinku biegaczy było już stosunkowo mało. Niektórzy odpoczywali na poboczu, inni walczyli ze skurczami. Ja biegłem na dół w pełnym napięciu mięśni korpusu z wiarą, że odrobię straty. Tak też się stało. Na metę wbiegłem z czasem 3 h 51 min 38s. Dało mi to 54 miejsce open i 19 w kategorii wiekowej. Dla mnie to świetny wynik. Myślę też, że jestem w stanie urwać na tej trasie z 20 – 30 min za rok. Nie wiem jednak czy się przekonam, ponieważ chciałbym zmierzyć się z większym dystansem. 😊

Podsumowując, to organizacja biegu bardzo dobra, świetnie oznaczona trasa, świetne punkty żywieniowe, super atmosfera. No może prowadzący konferansjer na mecie mógłby lepiej to robić 😊 Trzeba zaznaczyć, że ja na trasie nie miałem deszczu, ale zastanawiam się jak wyglądają zbiegi po tych kamieniach kiedy pada 😀

Na mecie czekał Paweł, który obserwował moje poczynania na mapce i dzielnie kibicował. Dzięki przyjacielu za wsparcie.

Biegi w górach to wspaniała przygoda i jestem pewien, że będę biegał więcej właśnie w takich wyścigach. Następny taki bieg pobiegniemy już pewnie razem z Pawłem, a za rok wrócimy wspólnie do Krynicy!    

Łukasz


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *