Tegoroczna edycja nie mogła odbyć się w planowanym wcześniej terminie, niestety przez to musieliśmy zmodyfikować nasze plany i z naszego corocznego rytuału wyjazdowego wypadła Energylandia, którą odwiedzaliśmy już dwa lata z rzędu. Dzięki współpracy z naszym lokalnym bydgoskim salonem i elastycznym podejściu do terminu wyjazdu mogliśmy w spokoju planować nasz wyjazd bez konieczności kombinowania z autami i szukania jakiegoś zastępczego auta dla jednej bądź drugiej rodziny. Auto odebraliśmy na kilkanaście godzin przed wyjazdem i mogliśmy w spokoju wszystko zaplanować aby nasz wyjazd odbył się zgodnie z planem jak to sobie wymyśliliśmy.

Skoda Karoq czyli nasz kompan wyjazdu od Skoda Bieranowski z Bydgoszczy

Początek – czyli nocny rytuał podróży

Nasza wyprawa jak zwykle rozpoczęła się od solidnego dwudniowego pakowania wszystkich niezbędnych do górskiego biegania „przydasiów”. Od trzech lat, nieprzerwanie rokrocznie wybierając się w trasę do Krynicy wyjeżdżamy w nocy. Punkt o 3.00 wychodzimy z domu by rozpocząć kolejną podróż pełną niezapomnianych momentów, którymi karmić się będą nasze wspomnienia przez całą zimę, wiosnę i lato by znów je niebawem poczuć ponownie! Wiecie jak my czekamy na ten wrzesień – no w tym roku na październik? No nie możemy się doczekać, dla nas to tzw. Must have każdego sezonu biegowego. Dodatkową motywacją jest reprezentacyjna funkcja ambasadorów krynickiego Festiwalu Biegowego. To dla nas wielki zaszczyt, zakochaliśmy się w Krynicy i tym festiwalu podczas jego 9 edycji czyli trzy lata temu.

Polowanie na bar…czyli jajecznicę jemy ale za Krakowem!

Jajecznica, to taka sama tradycja jak nocny wyjazd równo o 3.00, ale nie macie pojęcia jak na trasie z Bydgoszczy ciężko ją zjeść! Mamy wrażenie, że rok w rok miejsc na trasie jest mniej niż o tej samej porze w ubiegłym roku! Serio! Tym razem musieliśmy bardzo przetestować nasze psychiki i bar znaleźliśmy dopiero za Krakowem!

Toż to jakaś masakra była, wypatrywaliśmy, googlowaliśmy i nic! Zero! Poza sławnym makiem i hot-dogami ze stacji na nic nie mogliśmy wcześniej trafić, no ale wreszcie się nam udało. Sama jajecznica była mega, bułeczka do niej…. hm… daleka od ideału. Ale nie narzekamy, w końcu to dopiero początek naszej wyprawy! Ahoj przygodo! Z najedzonym brzuchem reszta podróży mija nam w mgnieniu oka i szczęśliwi przed 12 meldujemy się w centrum Festiwalu Biegowego w Krynicy Zdrój!

Meldujemy się w Krynicy

W tym roku skład osobowy naszej wycieczki był inny niż rok czy dwa lata temu. Dwa lata temu zarówno pod Trzy Korony (Sromowce Niżne) jak i do samej Krynicy wybraliśmy się we dwóch, z kolei rok temu z bratem Łukasza i znajomym czyli była nas czwórka. Natomiast w tym roku dołączyliśmy się do dziewczyn co zobaczycie w kolejnej części naszej relacji – z każdą edycją powiększamy zatem nasz skład osobowy! Tym razem było nas pięcioro!

Zaraz po przyjeździe przyszedł czas na mini regenerację i pomaszerowaliśmy do centrum na obiad i po pakiety.

Dwie poprzednie edycje w których mieliśmy przyjemność brać udział przyzwyczaiły nas do widoku oceanu biegaczy i ich kibiców a ludzkie potoki wręcz zalewały krynickie mosty, które łączą deptak z restauracjami po drugiej stronie kanału. Ten rok i edycja była już diametralnie inna, po części spowodowana oczywiście zmianą terminu imprezy, która w wielu przypadkach okazała się rezygnacją bądź wizytą w Krynicy w pierwotnym, wrześniowym terminie aby skorzystać z wcześniej opłaconych noclegów lub po prostu pobiegać na trasie z przyjaciółmi.

Po pizzy, którą zawsze jemy w tym samym miejscu postanowiliśmy odwiedzić expo, gdzie wydawane były pakiety i zorientować się w sytuacji, oczywiście pizzę zjedliśmy z odpowiednim wyprzedzeniem bowiem o 18.00 planowana była inauguracja festiwalu czyli pierwszy w tegorocznym Festiwalu sprinterski start na milę (1,61 km).

Organizatorom należy się pochwała za wzorowe przestrzeganie obowiązujących przepisów sanitarno-epidemiologicznych. Wszystko co opisane było wcześniej było przestrzegane – maseczki, dezynfekcja, dystans – nawet długopisy moczone były w środkach dezynfekcyjnych, dla tych którzy mimo prośby organizatorów nie wypełnili wcześniej deklaracji związanej z COVIDem.

Ocena maksymalna za dostosowanie festiwalu do wytycznych i pandemii, brawo !

Pakiet startowy w tegorocznej edycji oceniamy na solidną czwórkę, znalazły się w nim 3 batony, izotonik, woda, mapy, kilka ulotek i jeszcze kilka rzeczy, standardzik do którego wielu organizatorów zdążyło nas już przyzwyczaić.

Ocena za pakiet – solidna 4!

Poza „naszymi gwiazdami” co za chwilę dla Was zapozują, spotkaliśmy w Krynicy między innymi Kasię, która zagadała do nas i wspólnie zrobiliśmy sobie zdjęcie – dzięki to było dla nas bardzo miłe! Do zobaczenia następnym razem!

A tak na ściance pozują prawdziwe gwiazdy!

Krynicka Mila czyli 1609 m sprintu

Szybko wróciliśmy do naszej kwatery aby przebrać się i uszykować do startu wyścigu sprinterskiego. Mieliśmy szczęście, że dziewczyny są z nami to pomogły nam z przechowaniem naszych rzeczy, które zrzuciliśmy z siebie na sam start – po zrobieniu rozgrzewki od razu skierowaliśmy się do strefy startowej i wystartowaliśmy.

Przed samym wyścigiem zastanawialiśmy się na co tak naprawdę nas na ten moment stać. Po cichu zakładaliśmy sobie bieg ciągły na tym dystansie w tempie ok 3:30…i jak się okazało założenie to było bardzo trafne! Tempo to Łukasz utrzymał na całym dystansie i wpadł na metę jako trzynasty, Paweł jako 10 wyprzedzając na ostatnich stu metrach 3 osoby, rozpędzone pendolino wbiegające na metę zobaczycie poniżej.

Paweł na mecie dosłownie o pół buta wyprzedził koleżankę z pierwszego planu 😉

Na mecie kilka selfiaków, fotki z medalami i można było gnać do kwatery by zjeść kolację i mentalnie przygotować się na wyzwania dnia jutrzejszego, wszak mieliśmy start zaplanowany w południe w sobotę.

Pociąg z Krynicy na granicę ze Słowacją

Wiecie, że u nas śniadanie przed wyścigiem to swoisty rytuał? Jemy i pijemy zawsze te same sprawdzone rzeczy, jak wygląda to w praktyce zobaczycie tutaj:

A po śniadaniu przychodzi czas na ostatnie sprawdzenie sprzętu i ubieranie się – godzina zero nadchodzi!

Nowością w stosunku do poprzednich edycji okazał się też sposób transportu zawodników z Krynicy do miejsca startu – według nas super trafiony! Okazało się, że zamiast kilkunastu autobusów organizator zapewnił przejazd wygodnym, nowoczesnym pociągiem, który odjeżdżał z Dworca w Krynicy wprost na start naszego biegu. Pochwalamy, ekologicznie i bardzo wygodnie. Jak wyglądał pociąg pełen biegaczy zobaczycie tu:

Piąteczka też za pomysł ekologicznego środka transportu, który zmienił nieekologiczne autobusy których kursowało na raz kilkanaście!

Nieprzemyślane do końca było jednak wywiezienie dwóch grup startowych o jednym czasie w miejsce startu, w którym nie było miejsca aby się schronić np. przed wiatrem itd. Ktoś kto nie przemyślał ubioru mógł mieć wtedy problem bo momentami wiało solidnie pod mostem i w okolicach punktu gdzie oczekiwali na start swojej fali.

Trója za brak przygotowania strefy oczekiwania przed startem, słabo to wyszło…

Dobre humory przed startem objawiały się masą żartów i długich rozmów o trasie, biegu i o tym co nasz czeka dobrego po przekroczeniu mety w Krynicy, wszak był to dopiero początek naszej biegowej październikowej przygody.

Dziewczyny biegły w 1 fali startowej i planowo wystartowały o 12:15, nasz start z kolei miał miejsce 15 minut później.

Nie pozostawało zatem nic innego jak zdjąć ubrania i oddać je do depozytu!

3…2…1…Start

No dobra, po poprawieniu tej fryzury mogliśmy zacząć odliczanie 😀

Założenie na pierwsze kilometry mieliśmy banalnie proste – wiedzieliśmy, że będzie to nudny i płaski odcinek 3 kilometrów – nie mieliśmy się tutaj zmęczyć stąd zrealizowaliśmy zakładaną taktykę na ten odcinek i utrzymywaliśmy na nim stałe tempo 4:50-5.00 co dało nam niezłą pozycję wyjściową przed pierwszym tego dnia wspinaniem. Jak się szybko okazało, kilometr później dogoniliśmy nasze szanowne koleżanki.

Moment wyprzedzania Pati i Oli zobaczycie tu:

Na pierwszym wzniesieniu zobaczycie już fajną panoramę dookoła – miło się zbiega gdy otaczają Cię dookoła takie widoczki jak ten tutaj. Aby być z Wami do końca szczerym musimy przyznać, że założenia czasowe mieliśmy dwa. Jedno podstawowe, aby zmieścić się w 4 godzinach – a drugie takie by pobić czas Łukasza sprzed dwóch lat. Które z tych dwóch założeń udało się de facto spełnić przeczytacie dalej. Wiedzieliśmy, co tajemnicą nie jest że na pewno nie będzie nas stać na ciągłe podbieganie pod górę – tu zakładaliśmy scenariusz podchodzenia przeplatanego podbieganiem i tak na zmianę.

Chcieliśmy za wszelką cenę uniknąć sytuacji powolnego marszu, spowodowanego przeszarżowaniem tempa. I tego w sumie udało nam się uniknąć! Odrobiliśmy lekcję z Biegu Rzeźnika i z B7D z Krynicy na dystansie 64 km sprzed roku. W obu przypadkach za szybko zaczęliśmy pierwsze 30 kilometrów i zwyczajnie do mety sił z każdym kilometrem brakowało co raz więcej.

Tak zbiegaliśmy z pierwszego szczytu na naszej biegowej trasie na dystansie 35 km:

Hotel Wierchomla

To taki nasz ulubiony moment na trasie biegu na dystansie 35 km, wiecie dlaczego? Bo zaraz za punktem żywieniowym zaczyna się mozolna wspinaczka na sam szczyt Wierchomli, kto zjeżdża tam na nartach ten wie, że krótki ten stok wcale nie jest 😉 Założenie taktyczne dotyczyło też samego ekwipunku (ilości wody, jedzenia itd.) oraz strategii pit-stop’ów na trasie.

Przyjęliśmy z Łukaszem, że zatrzymujemy się o ile w ogóle to tylko po to by dotankować wodę do naszych soft-flasków. Pod Wierchomlą nie zatrzymaliśmy się nawet na sekundę. Tak bardzo śpieszyło się nam by wdrapać się na szczyt tej góry. Czekał nas bowiem później długi i bardzo techniczny zbieg – a że kilka dni wcześniej padało to wiedzieliśmy, że będzie trudniejszy niż rok wcześniej (było wtedy kompletnie sucho).
Jak mozolne jest podejście zobaczycie tutaj:

Podejście jest długie więc i kawałków z podchodzenia mamy sporo 😉

A jak zbiega się fragmentem zbiegu, który za chwilę przeistoczy się w kolejną wspinaczkę zobaczycie tu:

Było miejscami bardzo mokro, mięśnie brzucha i czwórki paliły jak szalone kiedy napinaliśmy je zbiegając – dodatkowo przecież włączamy hamulec aby nie zrobić sobie krzywdy w tym szalonym pędzie w dół. W jednym miejscu było gliniane lodowisko – zaliczyłem niezły ślizg (jak na lodzie, serio).

Po zbiegu mieliśmy już tylko jeden poważny szczyt do zaliczenia a po drodze strumyk, w którym uzupełniliśmy sobie wodę i zmoczyliśmy głowy i popędziliśmy dalej. Wiecie co jest świetne gdy w biegu walczymy we dwóch? Że jeden motywuje drugiego, naprzemiennie. W głowach wciąż mieliśmy jasny cel do realizacji i we dwóch głośno zagrzewaliśmy się do walki aby te cele zrealizować.

Przy końcowym fragmencie  podejścia pod ostatni punkt żywieniowy spojrzeliśmy na zegarki i wydawało nam się, że czas jest ok i że cele uda nam się zrealizować. Szybko ogarnęliśmy ostatnie metry podejścia i z celem napełnienia naszych butelek wodą wbiegliśmy żwawo w strefę punktu żywieniowego. Minutka postoju i już truchtaliśmy dalej.

Nawiązać musimy też do wyposażenia punktów żywieniowych – wiemy z relacji innych, że szczególnie biegacze z dystansu 64 i 100 km bardzo narzekali na bardzo ubogie ich zaopatrzenie. Po części stan ten tłumaczyć można pandemią i ograniczeniem w ten sposób niepotrzebnych skupisk, jednak niejednokrotnie same sezamki, drożdżówka i woda to rzeczywiście mogło być troszkę za mało dla walczących z tak długimi dystansami. My nie korzystaliśmy bo przygotowaliśmy się na cały bieg sami i jedzenie biegło z nami w naszych plecakach. Niektrórzy ultrasi, którzy bez zupy na trasie biegu nie uznają mogli w sumie czuć się nieco rozczarowani 😉

Więcej niż 2 niestety nie da się dać za punkty, które mijaliśmy na trasie…

Gdzie ten zbieg? Zdradziecki Runek!

Po raz kolejny daliśmy się sobie samym nabrać, że ostatnie 11-12 km to ciągły nieustanny zbieg w dół, na którym to nadrobimy czas podchodzenia i mozolnej wspinaczki na Wierchomlę. Runek, bo o tej górce mowa, to najwyższy punkt na naszej trasie i jak widać po profilu wspinaczka jest długa – taki sam wydaje się być zbieg, w rzeczywistości jednak wygląda on zupełnie inaczej.

Sami zobaczcie, że po Wierchomli wspinaczka jest dłuuuuga

Zbieg co chwila przeplata się z podejściami i to by było na tyle z naszego planu na nadrobienie strat na podejściach podczas zbiegu z Runka 😉

Oczywiście troszkę koloryzuję i zbieg jest, bezsprzecznie. Jednak dużo jest też na tym zbiegu miejsc, w których choćby na kilka sekund czasem musisz podbiegać albo podchodzić. Najciekawiej robi się w lesie, mniej więcej w połowie zbiegu czyli na 5/6 kilometrze. Zaczyna się wtedy bardzo kręta trasa prowadząca przez leśne dukty przeplatane skałkami
i masą wystających zewsząd korzeni drzew. Wtedy, szczególnie należy uważać by nie zaliczyć porządnej gleby a o to co raz łatwiej, bo nogi słabsze i całe ciało zaczyna wołać już, że to całe mogłoby się już w sumie na dzisiaj zakończyć.  

Gdy wbiegniecie do centrum na początek deptaka i widzicie już oddaloną o 400 metrów metę to uwierzcie, że całe wasze ciało zapłacze z radości 😊 nie inaczej było tym razem. Wiedzieliśmy, że tylko trzeba się ogarnąć po biegu i mamy dla siebie cały wieczór i niedzielę na świętowanie udanego było nie było biegu.

Poza filmem, organizator ustrzelił nam ambasadorom tego biegu kilka zacnych fotek, zerknijcie.

Bieg skończyliśmy z identycznymi czasami netto i brutto na 38 i 39 miejscu. Uzyskaliśmy wynik 03:52:30 co spokojnie pozwoliło nam się zmieścić w końcówce czwartej dziesiątki w całej stawce, w której policzyliśmy, że wystartowało w sumie ponad 350 biegaczek i biegaczy. Ciężko natomiast porównać wynik Łukasza sprzed dwóch lat z kilku względów –
w szczególności w związku z tym, że początek dwa lata temu był zupełnie inny. Wynik sprzed dwóch lat 3:51:38 czyli o 52 sekundy lepszy od naszego z tego roku. Wydawało nam się, że daliśmy z siebie maksa w tym biegu i że szybciej po prostu wspólnie pobiec nie mogliśmy.

Warto dodać, że w tym roku sumarycznie na punktach straciliśmy praktycznie minutę na Runku, podczas gdy dwa lata wcześniej Łukasz solo zaliczał każdy z punktów jedząc i pijąc. Na analizy przyjdzie jeszcze zapewne czas lecz na gorąco analizowaliśmy cały bieg i szczerze nie znaleźlibyśmy w swojej taktyce i zachowaniu na trasie jakichś zaniedbań, które negatywnie miałyby na ten wynik wpłynąć.

Strefa finishera

Po biegu w strefie każdy z biegaczy oczywiście mógł wziąć medal za swoje starania na trasie, czekały też nielimitowane Leszki Free, które okazały się być fajnym ratunkiem dla rozgrzanego na mecie organizmu. Pół litra weszło jak nóż w masełko 😉 Po zrobieniu kilku zdjęć udaliśmy się do naszego mieszkanka szybko się ogarnąć aby wrócić na metę i powitać Olę i Patrycję, które non stop dawały nam znać gdzie są aby uwiecznić moment mety i wspólnie cieszyć się z ich finiszu.

Jak finiszowały dziewczyny a razem z nimi Sebastian, który wystartował wraz z nami w fali drugiej zobaczycie tutaj:

To właśnie w wyjazdach biegowych jest najcudowniejsze, dzielenie wspólnej pasji z ludźmi, którzy biegach kochają tak mocno jak my!

Ale najfajniejsze dopiero miało się zacząć 🙂 jedzonko, piwko, rozmowy przez pół nocy – tego nie zapomnimy nigdy, wspomnienia to zawsze najważniejsze co pozostaje nam za zawsze!

A tak bawimy się w Krynicy co rok! Do zobaczenia za rok!


1 Komentarz

Festiwal Biegowy w Krynicy 2020 - 20% taniej! - #runaddicts - uzależnieni od biegania · 27 listopada 2020 o 10:51

[…] znajdziecie relację z naszej przygody w Krynicy w 2018 roku, tutaj z roku 2019, a tutaj ostatnią z roku 2020 […]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *