Długo zabierałem się do napisania relacji z niedawnego biegu, w którym miałem przyjemność i szczęście, w dobie pandemii wziąć udział – mianowicie w Golden Mountain Trail realizowanym w ramach Dolnośląskiego Festiwalu Biegów Górskich w Lądku Zdrój.

Już rok temu mieliśmy razem z Łukaszem uczestniczyć w tym festiwalu, jednak plany pokrzyżowały nam liczne inne starty (Festiwal Biegu Rzeźnika w czerwcu oraz nadchodzący Festiwal Biegowy w Krynicy we wrześniu), poczuliśmy że lepiej nie kusić losu i lepiej odpuścić jeden z trzech festiwali aby na świeżo pobiec w Krynicy (tam mieliśmy już wszystko zarezerwowane wcześniej).

Urlop, który zaplanowaliśmy sobie z rodziną w Górach Stołowych był pretekstem do tego, aby sprawdzić jak organizowany jest wśród amatorów górskiego biegania popularny . Do Lądka wybrałem się po pakiet na dzień przed startem (czwartek) – start zgodnie z deklaracją składaną na stronie organizatora miałem mieć w piątek o 13:39 (start odbywał się falowo po 16 osób co 10 sekund). W specjalnej strefie startowej w falach przebywało po 16 zawodników, którzy obowiązkowo musieli zasłaniać usta i ruszać co 10 sekund na trasę biegu).

Profil trasy

To jak widzicie nie będzie przysłowiowa bułka z masłem. Na pierwszych 3 kilometrach spore podejście i pionowo do góry od ok 450 do 800 m.
Mapka biegu okrzyknięta została przeze mnie lądującą gołębicą, od razu mi się spodobała 🙂
Zapowiadała się fajna przygoda!

Ocena za trasę mega solidna czwórka – zapytasz czemu tylko 4? Dowiesz się czytając dalej 🙂

Pakiet startowy

Jak zwykle w relacji trzeba zacząć od pakietu – warto dodać, że głównym sponsorem dolnośląskiego górskiego biegowego święta jest Salomon, nasz biegowy partner. Nie dziwota zatem, że pakiety odbieraliśmy w torebkach ekologicznych z logo z czarnym, dużym logotypem litery S!

Pakiet odebrany – w tle start/meta i kompleks uzdrowiskowy w Lądku

W środku znalazłem:

  • chustę czyli buffkę, która mogła również posłużyć na starcie jako maseczka (na punktach żywieniowych również obowiązywał nakaz zasłaniania ust i obowiązkowa dezynfekcja rąk).
  • Dwa batony energetyczne
  • Bezalkoholowe piwo
  • Izotonik (Woda kokosowa)
  • Wodę 0,5 L
  • Żel do dezynfekcji rąk – który organizator również rekomendował jako wyposażenie dodatkowe przydatne w trakcie biegu
  • Kilka ulotek innych biegów górskich.

Pakiet oceniam w tej podstawowej wersji na całkiem w porządku – za dodatkową opłatą można było w pakiecie dorzucić sobie koszulkę techniczną DFBG i rękawki.

Solidna czwórka, a jak start to focia na ściance zawsze na propsie, jest i tym razem!

Odbierając pakiet przybiłem piątkę z Natalią Tomasiak, późniejszą zwyciężczynią dystansu ULTRA TRAIL 68 km 🙂 Gratulacje Natalia!

Dzień startowy

Wakacje rządzą się swoimi prawami, a my czyli aktywna rodzina lubimy czas zapełniać i łapać każdą chwilę by zobaczyć coś więcej i wycisnąć te wolne wakacyjne chwile jak cytrynę więc zamiast odpoczywać chillując na tarasie przed startem wybraliśmy się we troje zwiedzać dziką jaskinię.

Poniżej kilka zdjęć jak to wyglądało.

Uważałem na maksa by nie zrobić sobie jakiegoś kuku tuż przed biegiem dlatego celowo nie przeciskałem się z Mileną i Stasiem poprzez wąską szczelinę wewnątrz jaskini co można było uczynić dla zabawy i poczucia się prawdziwym grotołazem. Po porannym zwiedzaniu, do Lądka dotarliśmy na około 45 minut przed biegiem. Wszystko dzień wcześniej zapakowałem i sprawdziłem kilka razy (zgapiłem się i zapomniałem zabrać z domu folii NRC ale na szczęście uratował mniej sklep z wyposażeniem górskim w Kłodzku).

Wiedziałem, że w górach na urlopie leżeć plackiem nie będziemy więc wybrałem dystans 33 km jako w miarę bezpieczny – wypadał on dokładnie w środku naszych 10 urlopowych dni.

Wszystko przygotowane, można startować – z pokazanych na obrazku rzeczy nie wziąłem jedynie czapeczki (i dobrze).

Biegi w czasach pandemii – hm…

Jak opisałem wcześniej, start był falowy co obejrzycie za chwilę poniżej.
W strefie obowiązywał nakaz zasłaniania ust i bezpieczne odstępy. Organizator zadbał o to bardzo dobrze.

Tuż przed wejściem do strefy humor dopisywał aczkolwiek stresik był…

Zerknijcie jak organizuje się w dobie pandemii – brawo ekipa, wyszło Wam to bardzo fajnie.

Tak startowała elita
Oczekiwanie w strefie i emocje sięgają zenitu

Odliczanie i cyk!

3…2…1 i jazda!

Biegniemy.

Start z perspektywy kibica – najlepszego czyli żony i syna! 🙂

Zdjęcie od Mariusza – zaciesz widoczny no ale jak tu się nie cieszyć skoro po 5 miesiącach wreszcie startujesz w zawodach? I to w górskim biegu?! Mariusz gratulacje debiutu ultra – 68 km na dzień dobry do spory wyczyn kolego!

Dobrą minę miałem jeszcze tylko chwilę, bowiem po 600 metrach zaczęła się na dobre wspinaczka pod Trojaka. Piękną górkę, którą zobaczycie tutaj.

Trojak czyli pierwsza góra zaliczona! Śliczny skalny twór, zgodzisz się?
Podejście trwało lekko ponad 3 km… i było ciężko 🙂

Kiedy ucieszyłem się, że podejście się skończyło to po kilkunastu sekundach świetnego zbiegu po skałach zaczęło się kolejne podejście…

W każdym biegu doświadczamy nowych rzeczy, nie inaczej było tym razem. Najpierw zauważyłem na obu rękach, że podczas zbiegania obsiadły mnie tak zwane latające kleszcze, czyli Strzyżak sarni. Jednak szybko strzepnąłem niechcianych kolegów z rąk i zbiegałem szybko dalej. To co zdarzyło się kilka sekund później było dość niespodziewane i zaskakujące! Dobrze, że nie mam żadnych objawów i nic nie dzieje mi się po ukoszęniach owadów – w chwili zbiegania, dosłownie wpadłem w rój os! Użądliły mnie dwie osy jednocześnie – jedna w kark, druga w prawy polik! Rumień wyszedł spory ale dwa dni po biegu, szok! Przy zbieganiu wymijałem jednego z biegaczy – pytam go: Hej! Czy te osy Ciebie też tam wyżej zaatakowały? Kolega odparł: „Tak! Trzeci raz biegnę tą trasą w ciągu kilku dni i kąsały za każdym razem!”

Niesamowita historia 🙂 Osy urządziły sobie polowanie na biegaczy!

No przecież jak to górach, w końcu jak jest z górki to i zaraz musi być pod górkę!

Szósty kilometr – druga górka

Kurtka jak widać wyżej bardzo się przydała. Ubrałem się w nią i od razu zrobiło się ciepło, pokonywanie kolejnych kilometrów w komforcie cieplnym, szczególnie gdy tempo jest powolne a trzeba uważać na tempo staje się łatwiejsze.

Stok – czyli największa zmora ultrasa

Wybiegasz z lasu, szczęśliwy po świetnym zbiegu i Twoim oczom ukazuje się to… to czyli stok narciarski – już wiesz, że kolejnych kilka minut biegu, w najlepszym wypadku, będzie bolało.

Zmora ultrasa – podejście pod stok

Kiedy jedni biegną, inni szybko podchodzą a jeszcze inni odpoczywają i spacerują powoli do góry. Wszystko zależy od nastawienia i formy ultrasa, jednak każdego z nas łączy cel – wdrapać się na szczyt wzniesienia i tryumfalne spojrzenie w dół… podejścia te jednak nigdy nie mają końca. A kiedy łudziłem się, że to jest ten nasz najwyższy szczyt na trasie to kolejne cztery kilometry pokazały dopiero co to znaczy podejścia na trasie wymyślonej przez Piotrka Hercoga!

Pierwszy punkt na trasie

Około 10 kilometra na trasie znajdował się pierwszy punkt żywieniowy – a w zasadzie wodny – można było do bidonu nalać sobie wody – nie skorzystałem z niego, tylko niczym elita pognałem dalej w górę. Oto jak wyglądał szczyt numer dwa w naszym menu na ten dzień.

Zakręcony Paweł – czyli jak jeden z kolegów uratował mi tyłek

Kto mnie zna, ten wie że jeden wielki nieogar ze mnie jeśli chodzi o jakąkolwiek nawigację, orientację w przestrzeni i tak dalej. Tego właśnie obawiam się najbardziej kiedy startuję bez Łukasza. Że po prostu zabłądzę, nie tak pobiegnę, zejdę przypadkiem z trasy itd. Rzecz miała miejsce tuż przed samym najbardziej stromym podejściem na naszej trasie. Biegłem trzymając się innych, jakieś 100 metrów przede mną biegł kolega, kolejni za mną. Miałem szczęście – kolega z tyłu krzyknął do mnie Heeeej – tu jest nasza trasa – zamiast biec prosto trzeba było napierać pod górę w prawo! Ale miałem szczęście! Podziękowałem i sam krzyknąłem koledze z przodu HEEEEJ, zawracaj tu jest nasza trasa! Jak się później okazało, to nie był jedyny z haczyków 🙂 Zobaczycie na trasie krzaki, w których ja nie śmiałbym wyznaczać trasy biegaczom.

Zbieganie, jak jak to kocham!

Nie ma chyba drugiego takiego segmentu w górskim bieganiu, w którym czuję się tak mocny. Kilkukrotnie doganiałem jednego młodszego kolegę, który z kolei uciekał mi za każdym razem na podejściu. Po trzecim takim przegonieniu rzuciłem mu hasło – do zobaczenia na kolejnym – to powiedział, że „chyba już na samej mecie, do zobaczenia – więcej już zbiegów niż podejść”. Niestety, już go później nie dogoniłem. Nie mniej uwielbiam zbiegać i jest to moim atutem, choć wiem gdzie mam braki i chciałbym na ich poprawie się skupić w najbliższej przyszłości, wszak niebawem kolejne ściganie w Krynicy (w planie Viseg 34 km).

Cola – sławny ratunek biegacza czyli ostatni pit stop na trasie

W wersji covid – reżim zasłaniania i dezynfekcji dłoni, organizatorzy przestrzegali również na punktach odżywczych. Gdy wbiegałem na punkt wolontariusz zapytał czy korzystam – po twierdzącej odpowiedzi nakazał zakrycie ust i wyciągnięcie dłoni w celu ich dezynfekcji. Wyciągnąłem szybko flaska z plecaka i napełniłem sobie go do pełna (0,5 l rozgazowanej coli). Postój zajął mi może 30/40 sekund, z czego jestem bardzo zadowolony. Nawet nie rozglądałem się co jest więcej do zgarnięcia (za sobą słyszałem prośby o podanie izo, bananów czy arbuzów).

Ocena za punkty żywieniowe prowadzone w reżimie sanitarnym! Brawo ORGANIZATORZY! Da się? OCZYWIŚCIE!

Krzaki? Zaraz czy ja na pewno dobrze biegnę?!

Kiedy prawie zabłądziłem to myślałem, że nic dziwniejszego już na trasie mnie nie spotka – jak bardzo się myliłem – zobacz niżej, jak wybujała potrafi być fantazja biegacza organizatora biegu. Pomyślelibyście, żeby przeprowadzić szlak biegu w takim miejscu? Tyle było po drodze ciekawych przeżyć, że przynajmniej nam zawodnikom ten bieg się nie dłużył 😛

Zaraz, zaraz… czy to na bank dobre przejście?

Ostatnie szybkie podejście, zaraz meta!

Z Trojaka w pierwszą stronę zbiegało się dla mnie cudownie – skakanie ze skały na skałę cieszy i to jak! Podnoszenie nóg, szczególnie po złapaniu kilka chwil wcześniej kilku skurczy na nienaturalnie dużą wysokość to nie lada wyzwanie. Zbiegając już do Lądka, w pewnym momencie w łydce złapał mnie tak silny skurcz, że musiałem na 10 sekund przystanąć i wyprostować nogę (mięsień się aż sprasował), na szczęście mogłem zbiegać dalej, stosując nieco inną, niestety wolniejszą technikę spadania na pięty, zamiast na śródstopie.

Podnoszenie nóg na wysokość metra do góry na samej końcówce trasy, ciężkie zadanie!

Meta, meta – to już koniec? Uff!

Wbiegając do Lądka mijałem wielu turystów, jedni nie wiedzieli do końca co się dzieje – gdzieś z krzaków wybiega brudny i spocony gość z plecakiem na plecach, cały czerwony i ledwo dyszy. Inni z podziwem stawali i bili brawo, w takich chwilach to bardzo ważne i trzyma na duchu na samym finiszu. Powiem Wam, że zakręciła mi się wtedy w oku łezka, miło tak na sercu się robi kiedy ktoś docenia Twoje zmęczenie.

Trójmiasto kujawsko-pomorskie? Hm… 🙂

Kiedy wbiegłem na metę, spojrzałem na zegarek i z dużą ulgą stwierdziłem, fajnie! Przed biegiem, patrząc na przewyższenia marzyłem o złamaniu czterech godzin (limit wynosił 7-8,5 h). Zegarek na mecie pokazał 3:49,48 co później okazało się też moim oficjalnym czasem. Wbiegając na metę spiker powiedział, że właśnie na metę wbiegł kolega z Bydgoszczy, „patrzcie, nawet w płaskiej Bydgoszczy biegają amatorzy górskiego ścigania”. Nie zaprzeczyłem i szybko podbiegłem po obiecane na mecie piwo 🙂 Nie musicie pytać jak smakowało – wraz z medalem, stanowi idealne połączenie i smakuje po biegu NAJLEPIEJ! Skończyłem jako 62 open, niby daleko ale wystartowało łącznie 360 zawodników na moim dystansie.

Jak się później okazało, był to najlepiej obsadzony bieg ze wszystkich organizowanych w ramach DFBG w 2020 roku. Zjechała się cała czołówka polskich ultrasów, czeskich i jeszcze słowackich. Było ich w sumie około 30 zatem miejsce nie jest wcale takie złe, lecz nie o miejsca w tym wszystkim chodzi.

Najbardziej cieszy jednak pokonywanie własnych słabości i satysfakcja z biegu na mecie, wiem że wtedy dałem z siebie 101%!

Ocena festiwalu jako imprezy organizowanej w reżimie sanitarnym

Nic nie cieszy jak namiastka normalności i taki był ten festiwal, brawo kochani za przeprowadzenie festiwalu w tak trudnym czasie. Okazaliście się być konsekwentni w tym co pisaliście i rzeczywiście można było, zachowując zasady przez Was ustanowione, poczuć ducha rywalizacji i czerpać garściami emocje towarzyszące bieganiu i obcowania z górską przyrodą!

SOLIDNA PIONA!

0 Komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *