Kiedy pomyśleć o opuszczeniu imprezy, w której biegamy nieprzerwanie od trzech lat (wczoraj wystartowaliśmy po raz czwarty) stwierdziliśmy, że może podejść do tematu biegu od innej strony. Pawła nie interesował bieg tak po prostu, na zaliczenie. Łukasz miał ochotę na pobicie życiówki a Paweł wolniej niż by chciał nie chciał biec a ścigać się na 100% jeszcze nie może. Pomyśleliśmy o starcie Pawła w roli pacemakera! Po wykonaniu kilku maili i telefonów – pstryk! Udało się!

Na stadionie Zawiszy stawiliśmy się już ponad godzinę wcześniej, ponieważ mieliśmy zaplanowane spotkanie pacemakerów z jednej strony, a z drugiej spotkania ze znajomymi biegaczami 🙂 W miłym towarzystwie biegaczy spędziliśmy wiele minut, rozmawiając o biegach oczywiście. Kiedy nadszedł czas, Paweł ubrał przygotowany plecak z chorągiewką i w drogę!

Pamiętacie nasz wpis z zeszłego roku? Obaj walczyliśmy o poprawienie swych życiówek na dystansie 21,097 km. Pawłowi się udało, Łukasz niestety nie dał rady – tak jak i w tym roku październik daje o sobie znać chorobowo i w zeszłym roku również Łukasz na trasie zmagał się z dokuczającym przeziębieniem. Role w 2018 roku się odwróciły! O szybkość i rekord miał zadbać Łukasz a Paweł debiutował w ciekawej roli…

Sami zobaczcie jak to wyglądało z perspektywy każdego z nas 🙂

Pacemaker na czas 2:00

Paweł: W tym roku jak wiecie szybkie bieganie w moim przypadku odstawione jest na boczny tor. Po kontuzji ścięgno jeszcze do siebie dochodzi i obciążanie go nadmierną prędkością mogłoby zaszkodzić w przyszłości. Kontuzja, której doznałem 13 maja uniemożliwia mi start w zawodach w pełni. Jestem typem biegacza, który nawet jak nie czuje się w 100% przygotowany, to na trasie daje z siebie 110% i zawsze walczy o dobry czas przekornie mówiąc, przed startem że to na pewno nie mój dzień.

Bardzo miło było słyszeć głosy startujących na około 2 godziny biegaczy, że kojarzą nasz profil i śledzą nas na FB! Dzięki za każde miłe słowo, to naprawdę wiele nam daje i motywuje do ciężkiej pracy. Na trasę wyruszyliśmy uśmiechnięci i pełni nadziei na dobre wyniki. Bo tym razem nie byłem odpowiedzialny tylko za siebie a za sporą rzeszę biegaczy! Trasa prowadziła przez nasz malowniczy Myślęcinek. Wytyczona ścieżka mimo obaw okazała się być bardzo dobrze przygotowana. Pierwsza dyszka zleciała szybko, wręcz za szybko. W porozumieniu z grupką, którą prowadziłem – nie zwalniamy! Na pierwszej nawrotce, do grupy prowadzonej na 1:50 traciliśmy około 3:30! Tempo skorygowałem w drugiej dziesiątce. Ostatni kilometr to walka i motywacja znajomych aby na ostatnim podbiegu wytrwali i wbiegli na koronę stadionu. Zmieścimy się w dwóch godzinach? Jak tak to idę! Krzyknąłem tylko DAWAJ! Ostatnie dwie minuty i jesteśmy! Na koronę Zawiszy wbiegłem z zapasem dwóch minut. Zwolniłem by poczekać na większą grupkę i razem wbiec na metę łamiąc upragnione przez niektórych magiczne dwie godziny.

Za rok raczej pościgamy się razem z Łukaszem na dystansie bydgoskiej połówki jednak nie wykluczam w przyszłości pełnienia tej ciekawej roli! Dziękuję każdej i każdemu z osobna za towarzystwo!

Nowy rekord życiowy lepszy o blisko 5 minut!

Ten rok jest dla naszego teamu kompletnie dwubiegunowy. Perypetie Pawła stawiają go na jednym biegunie, natomiast moje postępy treningowe i sukcesy czasowe na drugim. Od początku roku mocne treningi sprawiły, że w końcu zszedłem poniżej 40 minut na 10 km (bieg w Inowrocławiu 39.35). Później kompletnie autorski plan treningowy pod Bieg 7 Dolin, który w zamyśle miał być również bazą pod późniejszy półmaraton. Krynica poszła znakomicie. Jak pamiętacie, czas poniżej 4h na dystansie 34km dał mi świetne miejsce i ogromne zadowolenie. Jak dodać do tego kwietniowy bieg na 5km (czas 19.15), bieg w Koronowie na 10km (tu jeszcze czas powyżej 40min) i wczorajszy półmaraton (czas 1.27.52) to wychodzi na to, że każde moje zawody w tym roku kończyły się biciem rekordu życiowego!

Po powrocie z festiwalu w Krynicy miałem około 5 tygodni na przygotowanie szybkości na bydgoski półmaraton. Postawiłem na biegi interwałowe i biegi o narastającej szybkości. Wszystko szło idealnie do 21 września, kiedy zaatakowała mnie jakaś infekcja, której resztki odczuwam jeszcze dziś. Mimo to do 6 października treningi odbywały się według planu i czułem się naprawdę mocny. Wiedziałem, że złamanie 1.30 jest realne. Wtedy choroba przycisnęła mocniej, a mi wypadły prawie 2 tygodnie treningów (pomijając próby BS, aby zrobić cokolwiek). Ostatni tydzień przed zawodami wszystko wracało do normy, jednak nie wiedziałem czego mogę spodziewać się po moim organizmie.

W weekend zawodów moja głowa była bardzo mocna. Zero przejęcia, stresu, myślenia o tym co mogła zrobić choroba. Dwa razy dziennie rolowanie mięśni. Jeszcze w niedzielę rano również. Uważam, że to mocno pomaga w dobrej dyspozycji na starcie. Tak też było. Nogi przez cały wyścig robiły swoje i nie dały oznak zmęczenia. Założenia biegowe były proste. Startujemy w okolicach tempa 4.20, a potem trzymamy się w przedziale 4.10-4.15. Jak zwykle trudno było się hamować na tym pierwszym kilometrze i od początku wychodziło koło 4:12. Biegłem razem z grupką, która jak się dowiedziałem na jakimś 5 km planowała czas poniżej 1.28. Razem z Marcinem Sawickim, który towarzyszył mi przez większość trasy, stwierdziliśmy że nie ma co się ich trzymać na siłę i lepiej przypilnować swojego 1.30. Grupka przyspieszyła,a my biegliśmy swoje. Kolejne kilometry wybijały czas w okolicach 4.10 i czułem, że bieg jest pod kontrolą.

Na 10km miałem czas około 41.45, czyli jakieś 45 s zapasu w odniesieniu do założeń. Zacząłem czuć, że ten bieg może być lepszy niż zakładałem w swoich celach. Na kolejnych kilometrach biegłem w zasadzie sam, a tempo trzymało się na poziomie 4.09 niezmiennie. Mimo dobrej dyspozycji postanowiłem pilnować swojego i nie szarżować. Do 20 km leciałem równo, bez kryzysów i większych niedogodności. Ostatni kilometr zrobiony w czasie 3.49 mówi sam za siebie. Miejsce 50 open też jest bardzo miłe (około 1200 zawodników). Myślę, że gdybym zaryzykował i nie kalkulował, realny był czas zbliżony do 1.25, no ale spokojnie, wszystko przede mną. Od stycznia nowe bodźce w postaci trenera, ale na to przyjdzie czas, aby pisać.

Czas 1.27.52 to nowy rekord życiowy na tym dystansie, a stary został poprawiony aż o 5 minut. Dla mnie szok 🙂

Po biegu mieliśmy przyjemność spotkać się na kawie z innymi biegowymi wariatami 🙂 Dzięki Kasia, Kasia i Michał 🙂





Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *