Pewnego, dość przeciętnego dnia, na mojej ścieżce życiowej pojawiła się nowa osoba. Taka, która wydawałoby się jest jedną z wielu, jakie spotyka się każdego tygodnia. Były to pierwsze dni przedwiośnia, kiedy to spragnieni biegania za piłką chłopcy spotkali się przed startem ligi kopanej na jednym z osiedlowych orlików. Na testy został zaproszony nowy człowiek. Hahaha, na testy … No dobra nieważne – pojechał z nami pograć nowy człowiek, który miał ochotę dołączyć do niezbyt rokującej drużyny. Ja jako niedoszły reprezentant naszego kraju w tej dyscyplinie i najlepszy krytykant poczynań wszystkich na boisku, szybko oceniłem umiejętności kolegi i stwierdziłem, że … przynajmniej dużo biega 😊 Wtedy to było tyle, nawet nie pamiętałem jego imienia (to akurat u mnie normalne, dopiero po którymś spotkaniu koduję, także jak coś to miejcie to na uwadze).

Ten przydługi wstęp, który jest fundamentem istnienia runaddicts, jest już w pewien sposób odpowiedzią wskazującą zwycięzcę w tytułowym starciu … no ale po kolei. Napisałem o tym jak poznałem Pawła, ponieważ to właśnie ten fakt w życiu bardzo się przyczynił do tego, że robimy to co robimy i się w tym rozwijamy.

Kilka tygodni później nie miałem jak dojechać na mecz i wrzuciłem info na facebooka. Zgłosił się Paweł, że mnie zabierze. W sumie byłem zdziwiony – w zasadzie się nie znaliśmy. Potem poszło już szybko. Ja zaczynałem wtedy biegać – sporadycznie, aby trzymać formę na mecze, a Paweł od kilku miesięcy szurał, aby zbić wagę. Kilka zdań w aucie, doskonałe zrozumienie i umówieni na pierwsze wspólne bieganie. Dalsze losy przy innej okazji. Teraz przejdźmy do rozważania, czy lepiej trenować samemu, czy we dwójkę. Celowo porzucam kwestię grupowego biegania, ponieważ jest zbyt wiele zmiennych, aby znaleźć grupę osób mogących trenować wspólnie. Umówić się na bieg – oczywiście, przejść wielotygodniowy cykl przygotowań – niekoniecznie.

Z powyższego klaruje nam się jedna podstawowa rzecz, która musi być zachowana jeśli chcemy mówić o stałym, wspólnym trenowaniu. Podobne możliwości, poziom wytrenowania i tempo rozwoju. Przy czym podobne, nie oznacza identyczne 😊, a margines różnic nie powinien być większy niż kilka sekund na kilometrze.

Spytacie po co biegać z kimś? Już spieszę z odpowiedzią. Mogę się wypowiedzieć, ponieważ biegałem sam, potem przez 2 lata biegałem z Pawłem i ostatnie 3 miesiące biegam znów sam, więc wiem co nieco na ten temat.

Zastanawiam się tylko, czy zacząć czy skończyć na najważniejszej rzeczy w tym wszystkim dla mnie. Chyba jednak pojadę z grubej rury, a potem spróbujemy utrzymać tempo 😊 Wiecie, to co powstało przez bieganie z drugą osobą, to ogromna przyjaźń. Pasja, którą razem dzielimy sprawiła, że nasze drogi przenikają się w wielu aspektach życia. Rozumiemy się, planujemy różne przedsięwzięcia, spotykamy się poza sportowo, z rodzinami, z dziećmi. Pomagamy sobie i mamy wrażenie, że znamy się od 100 lat. Nic tego nie przebije.

Jeździć samemu na zawody? Bzdura. Trenując z drugą osobą zazwyczaj macie podobne cele, startujecie w tych samych zawodach. Pomagacie sobie, wydłużacie wyjazdy, zwiedzacie, jecie, bawicie się. To jest czas, który celebrujecie.

Kojarzysz sytuację, kiedy spychany na później trening ginie w otchłani nicości bo: jest już późno, pada deszcz, czy piździ na zewnątrz? Kiedy jesteś umówiony z partnerem na trening, nie ma wymówki. Ubierasz się i wychodzisz. Przecież nie zawiedziesz przyjaciela, prawda?

A jak już naprawdę masz dość dnia i w dupie jego (przyjaciela) zawód? On pomoże Ci zrozumieć, że DOŚĆ to można mieć słuchania polityków, ale trening trzeba zrobić.

We dwójkę kilometry mijają szybciej, zawsze jest coś do przedyskutowania. Można wyrzucić swoje smutki i nerwy.

Kiedy czas na szybki trening to zawsze będzie nam łatwiej utrzymać założone tempo, kiedy kolega / koleżanka sunie do przodu, a Ty masz gorszy dzień.

No i oczywiście ze wspólnego biegania może powstać jakiś fajny projekt, co nie? 😀

Jeśli szukać by minusów to poza warunkiem, o którym już wspomniałem (podobny poziom) jest jeden zasadniczy. Trzeba być bardzo elastycznym czasowo, aby dopasować się z godziną treningu. Każdy ma swoje życie, swoją rodzinę i czasami niezłym wyzwaniem jest umówienie się na wspólne bieganie. Na pewno wymaga do dobrej woli od obu stron, ale jest w 100% możliwe!

Dużym utrudnieniem może też być miejsce zamieszkania. Zbyt duża odległość może być sporym problemem logistycznym do wspólnego trenowania. Najlepiej szukać partnera w pobliżu Waszego osiedla.

Można by pewnie jeszcze szukać mniejszych zalet i wad biegania duo, ale to już pozostawiam dla Was – może w komentarzach?

Jak w takim razie w tym wszystkim prezentuje się bieganie solo? Tutaj mamy niewątpliwie jeden bardzo mocny punkt. Biegasz sam, to biegasz kiedy chcesz 😊 Znajdujesz lukę w dniu, ubierasz buty i lecisz. Bez oglądania się, bez zastanawiania.

W dodatku zakładasz słuchawki na uszy i oddajesz się ulubionej muzyce, która motywuje do lepszego treningu. Tutaj pewnie wielu będzie dyskutowało, czy warto muzyką zagłuszać naturę, ale co kto lubi. Zresztą nie zawsze możemy pobiegać po lesie, plaży, czy górach.

Biegając samemu, łatwiej możemy też modyfikować trening w trakcie. Chociaż tutaj jest zagrożenie, że zbytnio będziemy sobie go ułatwiali 😊

Pamiętając o tym, że bieganie to wolność to biegnąc samemu możemy bardziej to poczuć. Porozmawiać z samym sobą. Oczyścić umysł. Wyciszyć.

O minusach nie będę już pisał, bo są nimi wszystkie te rzeczy, które są plusami w bieganiu duo 😊 Oczywiście są osoby, które preferują bycie samemu i dla nich plusy z duo są minusami, ale w każdej zasadzie jest miejsce na odstępstwa.

To wszystko co napisałem jest bardzo elastyczne i zależy od indywidualnych preferencji. Mam jednak nadzieje, że pozwoli Wam to spojrzeć na bieganie z szerszej perspektywy i poszukać nowych rozwiązań na dualną formę treningu 🙂

By cieszyć się bieganiem i dzielić tym z innymi…

Łukasz


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *