Pamiętacie film: Ciekawy przypadek Benjamina Buttona? Okazuje się, że życie potrafi napisać równie niesamowite historie. Opowiem Wam zatem historię mojego urazu. Dość ciekawą, jak myślę.

Kontuzja to bardzo dziwny czas. To czas na wiele przemyśleń. To też czas, kiedy człowiek uświadamia sobie wiele istotnych faktów, których nie potrafił dostrzec wcześniej. Mówiąc o spostrzeżeniach, mam na myśli zupełne podstawy, choćby to, że móc biec to wiele. To naprawdę wiele. Każda sekunda urwana od wyniku to nic w porównaniu z niemożliwością biegu w ogóle. Kiedy spotyka Cię kontuzja, stajesz przed próbą charakteru, woli walki oraz testu osób, które chcą i walczą o powrót razem z Tobą. Tak właśnie było ze mną.
12 maja 2018 roku, po wykonaniu ciężkiego i wymagającego 12 tygodniowego planu treningowego, we dwóch z Łukaszem bijemy swoje życiówki w Inowrocławiu. Razem z drużyną runaddicts&Run Pasja zajmujemy pierwsze miejsce. O sukcesie, radości i euforii przeczytasz tutaj:

PIASTOWSKI FESTIWAL BIEGOWY – czyli poczwórnie słodkie preludium do opery łez z 13 maja 2018 r.

13 maja 2018 roku, godzina ok. 13:30

Trwa mecz na orliku, w drużynie w której grałem (nomen omen „Medycyna dla Sportu”), robię to co robię najlepiej czyli pressing na bramkarzu (próbuję gonić za obrońcami drużyny przeciwnej by wyłuskać piłkę i podać lub strzelić na bramkę). Niestety, w momencie wykonywania nagłego zwrotu cały ciężar ciała przenoszę na lewą stopę chcąc skręcić tam, gdzie bramkarz. Następuje trzask – przewracam się. Czuję ból, porównywalny z mocnym kopnięciem w piętę. Krzyczę do sędziego „EJJJJJ” i szukam winowajcy, który kopnął mnie z tyłu domagając się rzutu wolnego. Niestety, za mną nikogo nie ma. Blady na twarzy sędzia oznajmia, że sam się przewracam. Nic jeszcze nie czując podnoszę się o własnych siłach. Próba wstania na dwie nogi powoduje u mnie paraliżujący strach. Czuję falę, która przeszywa mnie od stóp aż po czubek głowy. To, czego nie czuję, to lewa stopa – idąc na bok doświadczam dziwnego uczucia, jakby w lewej nodze brakowało kilku centymetrów. Brakuje oparcia, brakuje wybicia. Siadam i już wiem co się stało. W jednej chwili w głowie kołuje mi się milion myśli. Już wiem, że przegrałem. Analizuję i chcę cofnąć czas, nie chcę być w tym miejscu. Podchodzi opiekun orlika, mówi do mnie, pamiętam tę sytuację do dziś: „Niemożliwe, że zerwał Pan Achillesa. Widziałem na własne oczy jak ścięgno zrywali piłkarze. Darłby się Pan jak odzierany ze skóry. No chyba, że ma Pan jakiś obniżony próg bólu”. Macam prawą nogę – napięty Achilles trzyma mięśnie łydki i zaczepia się pięknie na guzie piętowym. Dotykam lewą nogę w tym samym miejscu, czuję miękkość i ból. Po 10 minutach gry, Łukasz targany skrajnymi emocjami schodzi z boiska i jedziemy razem do szpitala. Padło na Szpital Wojskowy w Bydgoszczy. Zapytacie dlaczego? Do dziś nie wiem, ale wydaje mi się że powodem było to, że Łukasz zna go dobrze, mieszka w tej okolicy, więc wybór padł na tę jednostkę.

13 maja 2018 roku, godzina 15:15
Po przyjęciu, w brudnych spoconych piłkarskich ciuchach siedzę na wózku i czekam co dalej. Wiem, że jadę na USG i na prześwietlenie. Po kilku sekundach, mając jakieś iluzoryczne nadzieje, strzępki dobrych myśli, słyszę od lekarki robiącej badanie: „nie mam dla Pana dobrych wiadomości, 97% ścięgna jest zerwane. Dookoła sama krew i uszkodzone tkanki. Niestety, czy Pan chce czy nie – operacja”. W tym czasie rodzina organizuje co trzeba (czyste ubrania itd.). Łukasz, całą sytuację wydawało się, że przeżywał spokojnie,
a tak naprawdę tłumił emocje by wesprzeć mnie na duchu. Pocieszał mnie i utrzymywał
w przekonaniu, że wrócę silniejszy. Mój przyjaciel siedział ze mną do momentu wyjechania na odział ortopedii. Wtedy przejmuje mnie rodzina (żona, mama i tata). Razem czekamy na dalszy obrót spraw. Mam szczęście – nie jadłem i nie piłem od rana (później już
z niechęci z racji obrotu sytuacji). Operacja będzie najprawdopodobniej dziś wieczorem. Pełen nadziei i nastawiony mimo wszystko pozytywnie, ale mimo to, co tu kryć, przestraszony jadę na operację. Wiem, że towarzyszyło mi wtedy wielu z Was. Mnóstwo komentarzy i uścisków oraz życzeń zrobiło swoje. Wiedziałem, że podejmę rękawicę i stanę do boju z kontuzją. Anestezjolog zagadując mnie próbuje wykonać znieczulenie od pasa w dół wbijając czterokrotnie igłę pomiędzy kręgi – niestety bezskutecznie. Zasypiam w znieczuleniu ogólnym, by następnego dnia rano obudzić się w nowej rzeczywistości, z zagipsowaną za kolano lewą nogą. Nie jest łatwo. Dalej tysiąc myśli kołacze się w mojej głowie. Myśl o niepełnosprawności dobija. Cały ciężar moich codziennych obowiązków musi przejąć żona i rodzina.

14 maja godzina 11:15

Opuchnięte oczy na zdjęciu powyżej mówią same za siebie. Kilka godzin po przebudzeniu, po pysznym śniadaniu dostarczonym rano przez Milenę czekam na obchód, po którym mam się upewnić czy na pewno, zgodnie z wcześniejszymi informacjami wychodzę do domu. Operował mnie lekarz „A”. Po operacji noga ląduje w gipsie za kolano. Na obchodzie informuje mnie, że trzeba wyciąć jeszcze na oddziale okienko na ranę. Około południa mam w garści wypis. Wypisuje go dr „B”. W wypisie dr „B” pisze, że gips ma być na nodze 6 tygodni z czego 3 tygodnie ma być aż za kolano. Mówię wtedy, że słyszałem o nowoczesnym podejściu do leczenia urazu i możliwości szybszej rehabilitacji ścięgna (założenie specjalistycznej ortezy – ortopedycznego Buta Walkera). Na stronie mówi mi, że prywatnie zdejmie mi go po 2 tygodniach, bo w szpitalu stosuje się starą szkołę leczenia. Będzie dobrze, słyszę na koniec. Okienko, wbrew wcześniejszym zaleceniom, nie zostaje wycięte. Odbiera mnie tata. Już wtedy obmyślam plan powrotu. Czytam wiele w Internecie o tym jak leczy się tę kontuzję w Polsce i konfrontuję opinie z medycyną zagraniczną. Różnice są kolosalne. Wyszukuję znajomych, którzy mogą coś podpowiedzieć. Walczę.

Noga puchnie, po konsultacji i oględzinach w domu z żoną i Łukaszem stwierdzamy, że jedziemy ponownie na SOR w celu poluzowania gipsu – brak okienka zostaje przy okazji naprawiony. Panowie na SORZE wycinają okienko i poluźniają gips wypisując dodatkowo kwitek na pilną wizytę w poradni ortopedycznej dnia następnego, by stan tego gipsu skontrolować.

Kontuzja to czas, kiedy poznałem prawdziwą wartość przyjaciela. Wspierał, motywował, zaganiał do walki i zawsze wiedział kiedy należy pocieszyć. Dziękuję Łukasz! Przez kilka pierwszych dni po włożeniu nogi w gips, mój przyjaciel był moim kierowcą i prawą ręką. Pchał dzielnie wózek z inwalidą 😉

15 maja 2018 roku
Wizyta kontrolna w poradni kończy się reprymendą lekarską zdecydowanego zwolennika „starej szkoły”. Poucza mnie, że gipsu pod żadnym pozorem nie wolno było rozcinać i że na pewno już narobiłem sobie takich szkód, że do sportu to już nie mam co wracać 😉 Nie ma to jak wsparcie pacjenta! Kolejne dni płyną dość monotonnie. Jedyne co trzyma przy życiu to ćwiczenia od pasa w górę, które mogłem od razu zacząć wykonywać.

Wsparcie rodziny i bliskich, przede wszystkim mojej żony, która brak apetytu spowodowany całą tą smutną sytuacją pokonywała w taki właśnie sposób, serwując dania, które smakowały i wyglądały jak podawane w najlepszych restauracjach świata! Spójrzcie jak miałem wtedy dobrze!

Dziękuję kochana żono! Późniejszy sukces powrotu i stan na 13 sierpnia 2018 roku zawdzięczam przede wszystkim Tobie! Ilość godzin spędzonych na szukaniu metod, klinik, lekarzy, czytania opinii oraz zdecydowanej zawziętości i chęci pomocy przyniosły wielką moc i dodały mi niesamowitą dawkę motywacji, by skonfrontować się z czasem i wyjść
z tej kontuzji szybciej niż o niej wspólnie czytaliśmy.

16.05.2018
Postanawiam udać się na prywatną konsultację z lekarzem „A”. Tym, którym mnie operował, aby dowiedzieć się więcej, by usłyszeć co mogę zrobić szybciej i lepiej aby powrót do ukochanego biegania był możliwy szybciej niż wszyscy wtedy mówili. Wychodzę z niej zirytowany i rozdrażniony podejściem do mnie jak do zwykłego człowieka, którego celem jest powrót do chodzenia, a nie czynnego sportowca, który marzy o powrocie na biegowe ścieżki. Lekarz mówi, że gips za kolano musi być przez co najmniej 4 tygodnie. Niezadowolony z wizyty, umawiam się do lekarza „C”, poprzez portal prywatnych wizyt lekarskich na za kilka dni. Jest to konieczne, bo w mej głowie panuje chaos – zalecenia, co do trzymania nogi w gipsie, w tym gipsie za kolano, znacznie się różnią wg lekarza „B” 14 dni, wg wypisu 21 dni, wg lekarza „A” minimum miesiąc.

21.05.2018
Wizyta u doktora „C” nie jest dużo lepsza, niż poprzednie moje kontakty ze służbą zdrowia. Lekarz nie wiedząc jaką metodą zszyto mi ścięgno boi się jakąkolwiek decyzję podjąć i zasłania się, że dr prowadzący ma rację. Tylko pytanie kto jest dr prowadzącym jeśli wszyscy po kolei mają Cię gdzieś? Mówi też, że istotne jest to jak zostało zszyte ścięgno, bo to rozróżnia dalsze postępowanie. Dzięki tej wskazówce, wiem co robić dalej!

22.05.2018
Kolejnego dnia odbywam wizytę w szpitalu po dokumentację z przebiegu operacji (żeby dowiedzieć się jaką metodę szycia lekarz „A” zastosował. Nikt łaskawie tego nie powiedział ani nie ujął w wypisie, a jak się później okazało ma to znaczenie). Przy okazji, myślę sobie, może spotkam dr. „B”, bo jego propozycja była dla mnie najkorzystniejsza (z tego, co udało mi się wyczytać w Internecie). Schodzą do archiwum, gdzie trafiają akta operacyjne. Wypisuję formularz, po czym Pani informuje mnie, że mogę podejść za ok. 10 dni…
Myślę (what da f…?) „Proszę Pani, ale ja to dziś potrzebuję, nie mam czasu czekać! Sam tutaj o kulach przykuśtykałem…”. Wraca po kilkunastu minutach z pełną kserokopią całej zgromadzonej dokumentacji! Sukces! Idę do dr. B, który odmawia umówienia na wizytę,
bo byłem się konsultować z dr. A. Do tej pory nie mogę wyjść z „podziwu”, ale powstrzymam się od komentarza. Moja żona już wie co robić dalej – wysyła mi link do kliniki Rehasport
w Poznaniu i przekonuje, że to jedyna opcja.

23.05.2018 r.
Tego dnia, po dokładnie 10 dniach od operacji, zdejmuję szwy z rany w poradni ortopedycznej. Dostaję informację, że rana wygląda dobrze, przy pielęgniarce chwalę żonę, że to ona tak pięknie o ranę zadbała. Tak, jak się pewnie domyślacie, jeszcze dwa szwy wyjmuję sobie sam po paru dniach (gdy przekonuję się, że strupki jednak nie są strupkami tylko niebieską żyłką) 😉

25.05.2018 r.

Rankiem jedziemy na umówioną wcześniej wizytę u doktora Tomasza Owczarskiego w Poznaniu.

Przyjmuje nas w gabinecie, wizyta trwa dosłownie dwie minuty (odtworzenie dialogu z pamięci):

T.O. – Co Pana do mnie sprowadza? (pyta czytając akta poprzedniego pacjenta)
Ja – Panie doktorze zerwałem Achillesa i chciałem Pana prosić o radę. Mam wypis. Mogę Panu przekazać. Mam też protokół operacyjny, podać?
T.O. – Proszę. (Czyta) po chwili dodaje: OK – ścięgno jest zszyte metodą klasyczną, jest Pan po zabiegu 12 dni. Możemy spokojnie zdjąć Panu to chomąto. Zapraszam do pielęgniarek obok. Pana żonę proszę o pozostanie.

Niesamowity w tej sytuacji jest fakt podejścia do mnie jak do człowieka, który pragnie szybko uporać się z tą kontuzją. Jak do sportowca, któremu nie tylko zależy na tym aby ścięgno się zrosło, ale żeby przy tym niepotrzebnie nie doprowadzić do degeneracji innych ważnych sił napędowych potrzebnych do biegania. Nie pytajcie jak wyglądała moja lewa noga w porównaniu do prawej po zaledwie 12 dniach od unieruchomienia. Strach myśleć, jak zachowywałby się staw kolanowy po całkowitym unieruchomieniu przez kolejne 7 do 14 dni. Dodać warto, że w chwili uwolnienia lewej nogi nie potrafiłem zgiąć jej w kolanie
w pełni, jak w zdrowej nodze.

Po kilku minutach już bez gipsu, o kulach przekuśtykałem na salę rehabilitacyjną na pierwsze zajęcia rehabilitacyjne. ZALEDWIE po 12 dniach od zerwania! Będąc w gabinecie na zdejmowaniu gipsu doktor Owczarski powiedział Milenie, żeby zadbała o mnie i nie pozwoliła mi zwariować z braku ruchu mówiąc, że na rowerku stacjonarnym będę mógł zaraz jeździć, a do tej pory mam się wyżywać w treningu na górne partie ciała. Po kilkudziesięciu minutach spędzonych na ćwiczeniach jadę do domu z nogą w bucie Walkera z trzema podpiętkami pod kontuzjowaną stopą. Mam powiedziane, że co tydzień mam jedną wyjmować, aby coraz bardziej obciążać ścięgno. Moja radość nie zna granic!

Powróciła we mnie wiara, że są lekarze, którzy mają na uwadze potrzeby pacjenta i którzy nie boją się podjąć ryzyka. Specjalista od rehabilitacji informuje mnie, że w Bydgoszczy metody leczenia i rehabilitacji przyjęte w Rehasporcie zna Justyna (Ortimed, przy ul. Gdańskiej) – bardzo się cieszę, bo to zaledwie 300 metrów od mojego mieszkania i na zajęcia od tej pory będę miał bardzo blisko).

Etap rehabilitacji trwa do dziś, a dzień, w którym poznałem Justynę to jeden z najważniejszych dni w mojej biegowej karierze. Sama biega, a to że to kocha tak jak ja, czyni nas najlepszą parą rehabilitacyjną jaką mogliśmy stworzyć. Stała opieka i walka o mój powrót do biegowej codzienności to jedno, ale wiara w sukces i wspieranie mnie na każdym kroku to drugie. Justyno, dziękuję Ci!

Kamienie milowe:

a) wyjście do domu 14.05.2018 r.
b) zdjęcie szwów 23.05.2018 r.
c) wizyta w RehaSport 25.05.2018 r. zdjęcie gipsu i założenie ortezy + pierwsza rehabilitacja
d) pierwsze zabiegi fizykalne na nogę – wtorek 29.05.2018 r. o godzinie 11.00
e) wyciągnięcie pierwszego podpiętka 01.06.2018 r. (dziwne uczucie ;-))
f) pierwszy trening na rowerze stacjonarnym 4.06.2018 r. (pięć kilometrów)
g) pierwsze zajęcia manualne z Justyną na nogę – 06.06.2018 r.
h) pierwsze mocne, wręcz bardzo bolesne naciąganie Achillesa – 12.06.2018 r.
i) pierwsze 5 km przejechane rowerem z normalnym ułożeniem stopy lewej – 13.06.2018 r.

Kolejne etapy i moja droga od 13 czerwca, kiedy przejechałem 5 km na rowerku stacjonarnym, bez ortezy pedałując kontuzjowaną nogą, znacie z naszego profilu @runaddicts na Facebooku.

Wczoraj, 13 sierpnia 2018 roku, dokładnie 3 miesiące po zerwaniu ścięgna jestem o 335,5 km (tyle przejechałem na rowerze stacjonarnym w sumie w czerwcu, lipcu i w sierpniu tego roku) oraz o 49 kilometrów PRZEBIEGNIĘTYCH (pierwszy bieg – marszobieg miał miejsce 3 lipca 2018 roku czyli zaledwie po 51 dniach od zerwania ścięgna!) bliżej do upragnionego powrotu do pełnej aktywności sportowej sprzed 13 maja.

Radość po pierwszym marszobiegu oddaje to zdjęcie.

Ten czas był dla mnie lekcją i czasem refleksji nad tym, jak wiele czynników ma udział w późniejszych zdarzeniach. Dziś wiem, że po trudnym treningu czy biegu, należy się należycie zregenerować. Regeneracja to jedno – rozciąganie, a w zasadzie jego brak, to mój grzech główny! Rozciągajcie i rolujcie się! A po wyścigach czyli po totalnym zmęczeniu nóg jest to obowiązek. Po tej lekcji wiem też, że organizmowi wystarczyłyby prawdopodobnie 24 godziny więcej aby zregenerować ścięgno z mikrourazów tak, by bezpiecznie na orliku dograć mecz bez zerwania Achillesa. Nie jestem jednak niezniszczalny. Dostrzegłem też, że jeśli chcesz być dobrym i szybkim biegaczem, oddając się jednej pasji całym sobą, nie warto ciągnąć kilku srok za ogon. Wielcy sportowcy przekonali się o tym prędzej niż ja (Robert Kubica, Tomasz Gollob) i szkoda, że nie nauczyłem się na ich błędach.

Te trzy miesiące nauczyły mnie jeszcze jednego, najważniejszego: warto walczyć i wierzyć, bo wiara we własne możliwości jest w stanie czynić cuda. Ja wierzę, że mój czas nadchodzi. Pisząc ten tekst moja lewa noga radośnie podryguje pod biurkiem i nie może doczekać się jutrzejszego treningu.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *