W każdym środowisku dochodzi do sytuacji, że pewne czynności i zachowania stają się powszechne i dla członków tegoż środowiska całkiem normalne i uzasadnione. Jednak osoby przyglądające się temu z boku, niemające żadnego związku z daną grupą, mogą mieć wrażenie że „coś jest nie tak” 🙂 Weźmy chociażby głośną sprawę z ostatnich dni – akcję ratunkową pod Nanga Parbat i środowisko alpinistów / himalaistów.

Internety jak zawsze były bardzo podzielone – jednak tym razem chodziło o ludzkie życie. Mnóstwo trolli, hejtu i komentarzy „znawców” wspinaczki wysokogórskiej. Po co oni tam szli? Czemu ona go tam zostawiła? Jak można tyle czasu załatwiać helikopter? (hello! – Pakistan), Nie mógł zejść razem z nią? Śmigłowiec nie mógł wlecieć wyżej? Jak to nie poszli również po niego? itd.

Pomijając trolli, niewiedzę i wewnętrzny jad, to ludzie nie rozumieją specyfiki tak wąskiej społeczności jak himalaiści. Patrzą, czytają i się dziwią. Nie czują „bluesa”. Trzeba być częścią danego świata, aby pewne rzeczy stały się normalne i zrozumiałe. Tak było z Tomaszem Mackiewiczem, Elizabeth Revol i całą ekipą ratunkową. Oni wiedzieli co można, a czego nie i po co się coś robi, a czegoś nie.

W taki sam sposób działa środowisko biegaczy. Mają swoje reguły, mają swoje przyzwyczajenia i zachowania, które mogą wydawać się dziwne, ale mają swoje sensowne podstawy. Postaram się Wam przybliżyć kilka z nich.

Pozdrowienia biegaczy

Ja do końca nie wiem, czy zwyczaj ten jest stosunkowo młody, ale zaryzykuję taką właśnie tezę. W zasadzie od kilku lat na trasach biegowych można zauważyć, że mijający się biegacze – często przypadkowi, nieznający się ludzie – podnoszą rękę w geście pozdrowienia. Niby nic takiego, ale uwierzcie mi – daje mega pozytywnego kopa i uśmiech na twarzy. Kiedy zaczynałem biegać i spotykałem się z machającymi do mnie ludźmi byłem skonsternowany. To był jakiś znajomy? – pytałem sam siebie. Dla nieznających mnie za bardzo (Łukasz) dopowiem tylko, że jestem słaby z rozpoznawania ludzi „po twarzy” 🙂 Dziwiłem się, zastanawiałem o co im chodzi. Wiem, że tak patrzą teraz na nas biegowe „świeżaki”, które dopiero wkraczają w ten świat. Dla nas nie ma już sytuacji, w której byśmy minęli się z innym biegaczem bez okazania szacunku poprzez symboliczne pozdrowienie. Tak jest na całym świecie, a na pewno w miejscach, gdzie udało nam się być.

9999 m to nie 10 km

Matematyka w tym przypadku jest bezlitosna. Czasami śmieją się z nas sąsiedzi, że wracając z treningu biegamy jeszcze parę okrążeń wokół bloku, albo od klatki do parkingu. Można pomyśleć po co? Co Ci robi te 100 metrów skoro właśnie przebiegłeś 10, 15, czy 20 km? Ano robi. Robi w głowie bardzo dużo. Nie macie pojęcia jak te cyferki na zegarku potrafią męczyć biegacza. Może być 100 metrów więcej, ale nigdy 5 metrów mniej od pełnego km 🙂 Taka zasada i już. Chcesz z tym dyskutować? Z biegaczem nie masz szans.

Chusteczki nie ma

Dla wielu obrzydliwe, chamskie, niekulturalne. Jak tak można. Dramat. Fuuuuuj. Kiedy biegasz Twoje drogi oddechowe mocno pracują i przy tym się oczyszczają. W nosie zaczyna luzować się wydzielina, której najzwyczajniej w świecie trzeba się pozbyć, aby swobodnie oddychać. Wyobrażacie sobie, żeby co kilka minut sięgać po chusteczkę, aby nosek wytrzeć? Ja nie. Większość biegaczy też nie (nie piszę, że wszyscy bo kto wie:)). W związku z tym robimy to podczas biegu, smarkając na boki. Tak, często poleci na ubrania, przyklei się do ręki, ale wiesz co o tym myśli biegacz w czasie biegu? Who cares? Liczy się cel, a wszystko co przeszkadza musi zostać z tyłu 🙂

Papier toaletowy zawsze gotowy

Tak jak dla ucznia książki, dla żołnierza karabin, tak dla biegacza papier toaletowy. Podstawowe wyposażenie, bez którego nie ma co przystępować do zadania. Nigdy nie wiesz co Cię spotka przy dłuższych biegach. Także ten tego, lepiej mieć niż nie mieć. Możecie się dziwić, ale serio – grawitacja robi swoje, kto biega ten wie. W związku z tym drodzy mężowie i drogie żony – nie dziwcie się, że w kieszeni pranych spodni biegowych zalegać może zwinięty papier 😀

Trening bez FB – treningu nie ma

Takie czasy. Rozwój social media sprawił, że wszyscy o wszystkim informują, chwalą się i przeżywają z innymi. Biorąc pod uwagę takiego biegacza, który po treningu ma poczucie spełnienia i swojej wielkości, nie ma co mu się dziwić, że chce o tym poinformować cały świat. W końcu dokonał czegoś wielkiego. Zmusił swoje ciało do ogromnego wysiłku i teraz odpoczywa w glorii. Niech ludzie widzą jaki jest wielki, niech lajkują, oddają mu cześć. To trzeba zrozumieć. Serio. To jak powrót z wojny i przejście triumfalne przez centrum miasta przy wiwatującym tłumie.

Nie mam dziś formy, pobiegnę na spokojnie

Przed wyścigiem biegacze często uprzedzają znajomych jak to się słabiej czują, nie mają formy i że ten bieg to rekreacyjnie, nie ma co się spinać. Dobiegają na metę z życióweczką, a Wy się zastanawiacie po co to pierd*lenie przed startem. Tutaj musicie wiedzieć jedną rzecz. W bieganiu nie ma przypadków. Tu nie ma sytuacji, że wiatr zawiał i poleciało daleko, że wykorzystasz błąd przeciwnika. Nie pobiegniesz szybciej niż na to jesteś przygotowany ciężkim treningiem. I biegacz wie ile to może być. Za to zdecydowanie jest tak, że może pobiec wolniej niż by chciał, niż teoretycznie może. Spełnienie tego maxa jest trudne i wymaga ogromnego wysiłku i skupienia. Może dlatego często biegacze się asekurują takimi wypowiedziami, zmniejszając presję na sobie i oczekiwania innych. Niby amatorskie bieganie, ale prawa dla każdego takie jak u profesjonalistów.

Dziś tylko „dyszka”

– Ile biegniesz?
– Dziś tylko „dyszka”
– Jaka dyszka?
– No, 10 km.
– yyyy, jak tylko?

Jak nie biegasz to wydaje Ci się, że dystans 10 km to tylko samochodem, no ewentualnie rowerem na całodziennej wyprawie w wakacje. Dla nas to taka minimalna, zwyczajna jednostka treningowa, którą stosuje się w wielu przypadkach, a najczęściej z powodu ….. braku czasu. Wyobraźnia płata ludziom figle. To tylko 45 – 60 min biegu. To nie lot w kosmos. Nie ma co się dziwić.

Starych butów się nie wyrzuca

Co jak co, ale w tym aspekcie to przynajmniej kobiety nie powinny się dziwić … a dziwią się. Buty dla biegacza to jak opony dla kierowcy. Bez nich daleko nie pojedziesz. Na dodatek zużywają się dość szybko. Każda para ma mierzony swój przebieg. Niestety z każdym kolejnym przebiegniętym kilometrem, spada ich amortyzacja, a tym samym nasze bezpieczeństwo i komfort. Kiedy nadejdzie moment odejścia butów na zasłużoną emeryturkę, to sentyment do nich pozostaje. Dlatego nie da się ich po prostu wyrzucić. Przecież można je czasem założyć do sklepu po bułki, a jak nie, to niech sobie chociaż w szafie „w razie czego” czekają.

Takich zachowań dla środowiska biegowego jest zapewne więcej. Może Wy macie jakieś ciekawe doświadczenia z tym związane? Piszcie. Jesteśmy ciekawi 🙂

Łukasz


4 Komentarze

Biegam i nie wcinaj sie w to ! · 31 stycznia 2018 o 16:33

Ja pierdziele !!!!
Nic nowego nie napisano, takie ” mądrowanie ” się, ludzue czepcie sie swojego życia i swoich zachowań i nie umoralniajcie innych…
Czuję się zażenowany tym artykułem, a autor to chyba potrzebuje przytulenia, poklepania po pleckach bo xhyba nikt go nie kocha…
Do roboty a nie pierdołami sie zajmować

    Łukasz Wilk · 5 lutego 2018 o 12:15

    Życie 🙂

mandos · 3 lutego 2018 o 11:50

Artykuł z cyklu prawda czy prawda 🙂

    Łukasz Wilk · 5 lutego 2018 o 12:15

    Czyli,że nuda 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *