Zastanawiacie się pewnie patrząc na tytuł o czym będzie ten tekst. Nasuwa się Wam już na pewno odpowiedź. Tak, dobrze trafiliście – zastanawiam się co by było gdybym tej pasji biegania w sobie nie odnalazł. Myślałem nad tym podczas kilku ostatnich samotnych treningów. Gdzie bym był, co bym robił. Akurat to jest raczej oczywiste. Pracowałbym pewnie tak jak i teraz u siebie, rodzinę pewnie też miałbym tę samą (chyba, że żona z racji wielkiego brzuszyska już by mnie nie chciała). A mówiąc serio to akurat mój brzuszek, który przed bieganiem był większy, żonie nazbyt nie wadził. Lubiła się w niego wtulać wieczorami, gdy jeszcze syna na świecie nie było a wieczory spędzało się wtuleni w siebie na kanapie oglądając ulubione filmy i seriale. Spanie w soboty do 9-10, bezkarne jedzenie śniadania do 12, leniwie rozpoczynając weekend. Och jak dziwnie się teraz czuję wspominając te momenty, mając w głowie myśl, że od narodzin pierworodnego soboty nagle wydłużyły się o 4-5 godzin na korzyść dnia.

Wróćmy do początku listopada 2014 roku. Jest 1 listopada, Wszystkich Świętych. Jak co roku, zgodnie z tradycją i wiarą, w której jesteśmy wychowani, nawiedzamy groby naszych bliskich. Drugiego, w zaduszki podobnie. Wtedy, jak już na dworze jest raczej szaro i buro, wieczory są długie a jedyne co chce się wieczorem, po uśpieniu prawie dwuletniego syna to usiąść na kanapie (tej samej kanapie, o której pisałem we wstępie) wziąć w garść ulubione czipsy, paluszki i pooglądać coś na kanapie (wtedy jeszcze ogarnianie fejsów, Instagramów czy snapczatów nie zajmowało tyle czasu co dzisiaj). Właśnie wspomnianego 2 listopada, po kolejnej w serii wyżerce wysokokalorycznych czipsików, przed myciem wszedłem na wagę. Ważyłem się nieregularnie, zawsze jeszcze we wrześniu, po lecie waga trzymała się chwilę na niższym poziomie z racji zwiększonej aktywności spacerowej z rodziną, tak też było i tym razem. Myślałem sobie, pewnie jest tak jak było latem 74-75 kilo, luzik. Niestety, jak wielkie było moje zdziwienie kiedy waga pokazała obok siódemki ósemeczkę. Tak okrąglutką jak moja twarz i okulary wtedy. Przeraziłem się, tak na serio. Długo nie mogłem zasnąć. Przy wzroście 174 cm było to już na granicy.

Myślałem długo o tym co jem na co dzień, jak się odżywiam. Co robię, a z aktywności poza wychowywaniem syna i spacerami z rodziną „grałem” w piłkę. Czytaj raz w tygodniu miałem trening i w weekend zdarzyło zagrać mi się końcówkę meczu – czyli 10-15 minut sprintów na boisku, bo to akurat zawsze mi dobrze wychodziło. Zimą próbowaliśmy jakichś szóstek na sali w amatorskich ligach piłkarskich. Czyli coś tam robiłem, nie było tego wiele, ale nie mogę powiedzieć, że nie robiłem nic. Coś, to jednak zawsze coś, lepsze niż totalne zero. W moim przypadku, aktywność sprzed trzech lat oceniłbym w 10 stopniowej skali na 3 z małym plusem. Tylko tyle. Z podsumowaniem takim w głowie udało mi się usnąć. Rano zakomunikowałem żonie – Milena, po pracy wieczorem jak ogarniemy Stasia do spania, idę biegać. Żona nigdy nie powstrzymywała mnie przed niczym co nie było głupie, lekkomyślne czy niebezpieczne dla mojego zdrowia. Skłamałbym gdybym nie napisałem, że wręcz dopingowała do dobrego. Stało się, wróciłem po pracy, zjadłem obiad jak zwykle i po wieczornych rytuałach zakomunikowałem żonie, wychodzę. Znalazłem buty, stare zakurzone najki i dres, bo tylko taki sprzęt miałem w wtedy w domu. Zaplanowałem sobie, że zrobię pętlę, którą przeszedłem kilka dni wcześniej ze Stasiem w wózku w ramach jesiennego spaceru. Jak na początek – plan był ambitny. Trasa liczyła bowiem 7,5 kilometra. Samego biegu nie przypomnę sobie, bo nie było wcale jakoś tragicznie trudno. Tempo oscylowało w granicach 6.00-6.15 na kilometr czyli bardzo spacerowe. Trasę pokonałem w czasie 46 minut i 14 sekund. Zapis trasy i wyniki z wtedy poniżej:

Po biegu, cały w skowronkach wróciłem do domu. Tak właśnie zaczęła się moja biegowa przygoda. Ta niewinna pętla zadecydowała za mnie. Efekty treningów i zdrowotne i wagowe, znacząco odczułem już po prawie dwóch miesiącach aktywności. Kiedy na Boże Narodzenie stanęliśmy w większym gronie przy wigilijnym opłatku, ochów i achów nad moim wyglądem nie było końca. Wraz z bieganiem bowiem włączyłem nowe postanowienie żywieniowe. Całkowicie z diety wyrzuciłem słodkie i gazowane napoje. Przerzuciłem się na wodę, i mocno rozcieńczane wodą soki owocowe. Dodatkowo odrzuciłem wszelkie puste kalorie czytaj słodycze, słone przekąski etc.

Z pomocą dietetyka dostosowaliśmy dietę pod mój plan treningowy i tak oto zacząłem i biegać i zdrowo się odżywiać. I jedno i drugie kontynuuję z powodzeniem do dnia dzisiejszego. Oczywiście nie odmawiam sobie niczego, gdy jest okazja jem tort, czasem wypiję wino czy piwo z przyjaciółmi, wszystko jest dla ludzi. Teraz zastanawiam się co by było gdybym odkrył sobie tę pasję wcześniej. O ile szybszym biegaczem byłbym dzisiaj? Może przebiegłbym już też maraton? Kto to wie? Wszystko przede mną. Trzymajcie za mnie kciuki, tak jak ja trzymam za Was, żebyście znaleźli w sobie pasję i żyli nią na całego. Życie bez pasji, człowiek bez zajawki na jakiś określony temat, jest jak liść na wietrze, którym na lewo i prawo targają prawa przyrody.

Paweł


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *